Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Month: Kwiecień, 2012

Spacerując ulicą Mouffetard trzeba rozruszać wyobraźnię. Należy się przenieść przynajmniej do pierwszej połowy ubiegłego wieku, kiedy ulica ta pełniła rolę jednego z największych targów w Paryżu (a zakupy robił tam m.in. Ernest Hemingway, który przez rok mieszkał po drugiej stronie placu, przy rue Cardinal Lemoine), a wieczorem swoje podwoje otwierały tamtejsze bary i kabarety. Albo jeszcze wcześniej, kiedy stanowiła część traktu łączącego Paryż z Włochami. Przymykając oko na wszystkie kiczowate sklepy z pamiątkami i żerujące na turystach restauracyjki, które mieszczą się tam dziś, łatwo poczuć rustykalny i plebejski klimat Quartier Mouffetard.

Rue Mouffetard razem z placem Contrescarpe i rue Cardinal Lemoine tworzą bardzo malowniczą część dzielnicy 5. O krok stąd do Panteonu, Sorbony i Dzielnicy Łacińskiej, a jednak duch małego miasteczka panujący w tej części Paryża wyraźnie odróżnia to miejsce od sąsiednich. A jeśli chcielibyście przez chwilę poczuć się jak tutejsi, to polecam wam, spośród wszystkich okolicznych kawiarni wybrać Cafe des Arts przy placu Conscarpe, gdzie rano przy barze spotykają się najstarsi mieszkańcy okolicznych ulic, których właściciel zna po imieniu, ale obcych również potraktuje z uśmiechem. A za kawę au comptoire zapłacimy jedynie euro!

W 5. dzielnicy, która wyjątkowo daje się lubić, oprócz okolic Mouffetard warte zobaczenia są również okolice uniwersytetu i Jussieu oraz fantastyczny park Jardin des Plantes, o którym opowiem osobno.

Dojazd linią 7 lub 10, metro : Jussieu, Cardinale Lemoine, Place Monge.

Czerwona sukienka przy fortepianie

Wczoraj, na koncercie francuskiej pianistki Lydie’i Solomon sama artystka skutecznie odwróciła uwagę od muzyki. Nie spodobało się to koneserom wśród zgromadzonej publiczności. Zdarzyło się nawet, że  jeden z nich wyszedł, sycząc pod nosem. Być może miał rację. Przez cały koncert nie skupiłam się na muzyce nawet przez minutę. Myślałam o sukienkach Lydie, które zmieniały się kilka razy w trakcie krótkiego recitalu. Ile w tym występie osobowości, a ile kreacji – nie wiem, ale cokolwiek artystce w duszy gra, z pewnością zadziałało to na większość publiczności, która wywoływała pianistkę do bisów trzy razy. Zestawienie czerwieni z czernią zawsze się sprawdza.

Może do entuzjastycznego wyboru przyczynił się intymny nastrój Theatre de l’Ille Saint Louis, magicznego miejsca, o którym opowiem przy innej okazji….

Teraz posłuchajcie, to znaczy popatrzcie.

Jej strona.

W brzuchu miasta

Dzięki E. poznałam M. – sprzedawcę owoców i warzyw, i filozofa, posługującego się biegle trzema językami, w jednej osobie, może uda mi się go tu kiedyś przedstawić. Jego sklep znajduje się w okolicach Chatelet, gdzie jeszcze do niedawna mieściło się słynne Forum des Halles, a jeszcze wcześniej Les Halles. M. pięknie opowiadał o życiu i pulsie swojej dzielnicy, która mimo upływającego czasu nie traci swojego charakteru.

Z Chatelet Les Halles w kilka minut dojedziemy do okazałej budowli Hotel de Ville przy rue Rivoli, gdzie jeszcze przez kilka dni odbywać się będzie wystawa Roberta Doisneau, której tematem są właśnie fascynujące Les Halles, największy rejon handlowy w Paryżu. Robert Doisneau (którego setna rocznica urodzin minęła w zeszłym tygodniu), obok Williego Ronisa, jest jednym z najsłynniejszych francuskich fotografów opisujących Paryż. Kochał to miasto, intensywnie i czule przyglądał mu się przez cały okres swojej twórczości. Jest reprezentantem fotografii humanistycznej, która łączy w sobie zainteresowanie życiem prostych ludzi, klasy robotniczej z nostalgią za szczęśliwą przeszłością. I właśnie taki jest Paryż na zdjęciach Doisneau – biedny, ale radosny, pulsujący życiem.

Obecna wystawa w Ratuszu Miejskim to fragment całej twórczości artysty, dotyczący niezwykłego miejsca. Les Halles, czyli 12 kunsztownie wykonanych, stalowych pawilonów handlowych, powstały w drugiej połowie XIX  wieku w samym sercu Paryża. Stanęły w miejsce wielkiego, odkrytego targu miejskiego i miały swoją konstrukcją z zadaszeniem zorganizować przestrzeń handlu, odbywającego się w tym miejscu każdej nocy.

Bo właśnie nocą rozpoczynało pracę ponad 5000 ludzi – rzeźników, ogrodników, piekarzy, rybaków, mleczarzy, drobnych rzemieślników –  którzy z całej Francji zwozili swoje wyroby i towary, i sprzedawali je handlowcom zaopatrującym Paryż i okolice.

Emil Zola określił Les Halles jako le ventre de Paris czyli brzuch Paryża – jego centrum, czułe miejsce, gdzie w halach targowych, jak w narządach, odbywa się przepływ życia, energii, konsumpcja. To pulsujące miejsce stało się wielką inspiracją dla Doisneau. Pierwsza seria zdjęć pojawiła się na zamówienie dziennika paryskiego w latach 50., druga w latach 60. kiedy, po stu latach funkcjonowania hal, ogłoszono datę  ich wyburzenia.

W ich miejsce powstało, na owe czasy, nowoczesne Forum des Halles, którego inauguracja odbyła się w 1979 roku. Wielkie centrum handlowe – które  razem z największym węzłem komunikacyjnym, Chatelet,  zastąpiło 12 pawilonów zaprojektowanych w XIX wieku – szybko z architektonicznego punktu widzenia przestało być modne i estetyczne. Dziś historia zatacza koło, bo na początku tego roku Forum des Halles z lat 70. zostało wyburzone i w jego miejscu powstaje właśnie nowa, futurystyczna bryła, a plac przed kościołem St. Eustache, gdzie niegdyś stały Les Halles, potem Forum, wygląda mniej więcej tak, jak na tej fotografii R. Doisneau z 1974 roku.

Wszystko o Robercie Doisneau znajdziecie tu.

Poza pierwszym i ostatnim, zdjęcia umieszczone w tekście pochodzą ze strony  http://www.paris.fr/

Pocztówka z Wyspy Św. Ludwika

Otoczona Sekwaną L’ile Saint-Louis to perełka na mapie Paryża. Jedno z najstarszych i najromantyczniejszych miejsc w mieście. Mimo, że wyspa położona jest w ścisłym centrum, życie toczy się tu spokojnym, sielankowym rytmem, tworząc oazę dla turystów i mieszkańców Paryża. Francais Carco powiedział, że to le seul endroit au monde pour un poete czyli jedno jedyne miejsce na świecie dla poetów. I choć na Ziemi na pewno znalazłoby się kilka punktów rywalizujących o te miano, to w samym Paryżu niewiele jest ustronniejszych miejsc

Zabytkowe, piękne rezydencje, intymny i oryginalny klimat wyspy sprawiają, że jest to jeden z najlepszchy i najdroższych adresów w Paryżu, a jej mieszkańców nazywa się Les Luisiens.

W XIX wieku na wyspę ściągnęła bohema artystyczna Paryża.  Pod adresem 17 quai d’Anjou przez pewien czas mieszkał sam Baudelaire, tam też regularnie odbywały się spotkania klubu Haschischins,  na których bywali m.in. Manet, Nerval i Balzac. Od 1838 roku istnieje tu najstarsza poza granicami kraju instytucja polska. Założona przez Adama Czartoryskiego, Juliana Niemcewicza i Karola Sienkiewicza – wtedy fundacja Wielkiej Emigracji-dziś Biblioteka Polska mieście się w pięknej XVII-wiecznej rezydencji przy 6, Quai d’Orleans. Na trzech piętrach mieszczą się tam, jedyne na tej wyspie, niewielkie muzea poświęcone Mickiewiczowi i Chopinowi. Szczegóły można znaleźć tutaj.

Mała wielka kuchnia

Mieszkając we Francji, nie można nie myśleć o jedzeniu. Jedzenie to rytuał i albo się temu podporządkujemy, albo nie, ale nieszczęśnik, który wybierze drugą opcję, skaże się na samotność, odosobnienie, wykluczenie i frustracje, bo jedzenie organizuje Francuzom życie, staje się inspiracją a czasami jedyną motywacją do spotkań towarzyskich, jest tematem wielogodzinnych dyskusji, ba! kłótni, jest źródłem szczęścia i egzaltacji, napędza gospodarkę, ma znaczenie społeczne, kulturowe, polityczne – słowem, kuchni nie da się ignorować. Po 3 miesiącach bezkrytycznego zrozumienia dla francuskich kulinarnych tradycji zabieram się za dietę – tylko dlaczego właśnie teraz odkryłam Rachel Khoo?!

Rachel podbija ostatnio telewizję i internet swoim programem kulinarnym Little Paris Kitchen, którego przepis na sukces jest prosty: urocza Brytyjka (tak, tak, trochę Amelia, trochę Julia Child) przyjeżdża do Paryża uczyć się gotowania w jednej z najlepszych szkół kulinarnych. Odkrywa Paryż i Francję przez pryzmat gastronomiczny i dzieli się zdobytymi umiejętnościami, no i oczywiście mieszka w Belleville. Niby cliche, niby wszystko już było, ale ponieważ Rachel jest wyjątkowo adorable, pokazuje dania przyjemnie proste w wykonaniu, do tego gotuje w kuchni wielkości mojej, to sprawia, że z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek, których oglądanie, będąc na diecie, staje się mało wyrafinowaną formą tortury. Zobaczcie sami:

Pasaże

W Paryżu  kwiecień rozpoczął się chłodem i deszczem, parasole z szaf przewędrowały do toreb – po lecie w marcu przyszedł czas na jesień wiosną.  Zmarznięci turyści przemierzają  miasto, jak zawsze,  ze szczęściem w oczach, choć ostatnio lekko podszytym rozczarowaniem, bo kiedy planowali ten krótki wypad do Paryża/ podróż poślubną/ miesiąc w Europie, specjalnie wybrali kwiecień raczej niż marzec, bo przecież będzie już wiosna!

Tymczasem pogoda reorganizuje  dzień zwiedzania, zmienia plany i zmusza nas do przeniesienia się z zewnątrz do wewnątrz. Zastanowiłam się więc, co przy kapryśnej aurze może być alternatywą dla muzeów i kawiarni, i natychmiast przyszły mi na myśl paryskie pasaże handlowe.

Powstały w XIX wieku, wtedy było ich ponad sto, do dziś przetrwało zaledwie kilka. Zostały zbudowane, by umożliwić zamożnym Paryżanom robienie zakupów w komfortowych i dyskretnych warunkach, bez konieczności przdzierania się przez błoto, które wtedy zalegało na ulicach całego miasta. Zadaszone, pięknie urządzone pasaże wypełnione były butikami z luksusowymi towarami z całego świata, galeriami i kawiarniami. Życie w nich toczyło się swoim rytmem, były miejscem nie tylko handlu ale też wydarzeń kulturalnych, spotkań towarzyskich i rodzinnych spacerów.

Do dziś przetrwało kilka oryginalnych pasaży i wycieczka po nich jest jak podróż w czasie. Zaprojektowane w stylu empire, nadal fascynują zwiedzających wnętrzami maleńkich sklepików, które często są jednocześnie warsztatami artystów i rzemieślników. Ilość sklepów z ubraniami młodych projektantów, wystrojem wnętrz, księgarni, sklepów muzycznych powoduje,że czas mija poza kontrolą i żeby nacieszyć się najdłuższymi z wszystkich dostępnych galerii, należy zaplanować sobie odpowiednią jego ilość.

Według mnie, najpiękniejsza jest Galerie Vivienne łącząca rue Vivienne z rue  des Petits Champs. Odrestaurowana, zadbana, mniej zatłoczona niż inne, na uboczu a jednocześnie zaledwie kilka minut od Luwru i rue Rivoli fascynuje swoim wystrojem i elegancją.

Natomiast najbardziej znanym i największym jest pasaż Jouffroy. Oprócz sklepów mieści się w nim także muzeum figur woskowych oraz hotel. A mnie bezustannie zachwyca mieszczący się tam sklep z zabawkami Pain d’Epice, w którym można nabyć wszystko, co potrzebne do zbudowania mikroskopijnych domków dla lalek. Mini meble, tapety, talerzyki i wanienki….w swym rozmiarze-rozczulające!

Gdyby po zwiedzeniu dwóch wymienionych galerii, starczyło Wam jeszcze czasu i ochoty polecam zajrzeć do pasażu Galerie Vero-Dodat, który, choć bardzo niewielki, warty jest zobaczenia, bo różni się wystrojem wnętrza i panuje w nim dosyć tajemnicza atmosfera. Natomiast pasaż Choiseul polecam dlatego, że czas zatrzymał się tam w latch 70. XX wieku, a poza tym znajduje się w nim kilka małych i niedrogich restauracyjek z różnych stron świata (sprawdziłam i polecam: zdrowe burgery i koreańską maleńką knajpkę , ale do odkrycia o wiele więcej). Owocny dzień zwiedzania można zatem zakończyć pysznym obiadem.


Informacje praktyczne
: pasaże otwarte są w godzinach handlowych od poniedziałku do soboty. Część z nich jest ze sobą połączona lub mieści się w niewielkiej pieszej odległości, ale te które tutaj pokazałam usytuowane są w różnych częściach miasta, w odległościach nie  dłuższych niż 10 min. jazdy metrem. Oto jak do nich dotrzeć:

Galerie Vivienneod Luwru dzieli ją pieszy dystans ok. 10 min, należy kierować się w stronę  teatru Comedie Francaise. Dojazd metrem numer 1 Palais Royal, numerem 3 4 Septembre

Passage Jouffroydojazd metrem numer 9 Grands Boulevards

Galerie Vero-Dodat: 19 rue du Bouloi, dojazd metrem numer 1 Palais Royal

Passage Choiseul: 23 rue Saint-Augustin, dojazd metrem numer 3 4 Septembre

Odbiór!

Dwa dni w Nowym Jorku

Chciałabym bardzo, żeby nagłówek odnosił się do opisu mojej sytuacji, ale niestety jeszcze nie teraz.  To tytuł nowego filmu Julie Delpy.

Julie Delpy,  aktorka ( zagrała m.in. u Kieślowskiego), a teraz także pisarka, pochodzi z Paryża,ale od wielu już lat mieszka w Kalifornii, gdzie większość czasu spędza w domu, pisząc książki oraz bawiąc się z dziećmi i podobno jest jedyną osobą, mieszkającą w Los Angeles cierpiącą na niedobór witaminy D. Od czasu do czasu robi sobie przerwę w pisaniu i zajmuje się filmem.

W 2007 roku weszła na ekrany bardzo dobra komedia „2 dni w Paryżu”. Filmowa Marion przywozi swojego ówczesnego chłopaka, Amerykanina, do swojego rodzinnego miasta. Oczywiście zderzenie kultur, języków i weryfikacja mitu stolicy Francji z amerykańskiej wyobraźni z rzeczywistością stwarza pole do popisu dla komedii i Delpy to świetnie wykorzystała. Paryż z jej filmu podoba mi się o wiele bardziej niż z ten sam temat przefiltrowany  przez Woodiego Allena w „O północy w Paryżu” .  Gdyby Allen opowiedział o tym mieście 4o lat temu, może więcej byłoby między nimi wspólnego. Bo Delpy, którą po pierwszym filmie ochrzczono „Woody Allenem w spódnicy” zdecydowanie odnosi się do najgenialniejszych komedii mistrza z lat 70. i 80. I, co najważniejsze, wychodzi z tego obronną ręką.

W tym roku Marion wraca. Nowy Jork, minęło 5 lat, z chłopakiem z Paryża łączy ją dziecko, ale nie ma już związku, Marion jest w trakcie budowania kolejnego, jest zakochana, opiekuje się swoim synkiem i córką partnera z poprzedniego małżeństwa, właśnie przygotowuje się do wernisażu swoich fotografii i z tej okazji odwiedza ją francuska rodzina: ojciec, siostra i Manu. I zaczyna się film.

Genialna postać zbereźnego, dobrotliwego taty Marion utkwiła mi w pamięci najbardziej po pierwszej części w Paryżu i chyba nie tylko mi, bo w części nowojorskiej papa odgrywa jeszcze większą rolę i  jest sprawcą i uczestnikiem najzabawniejszych scen.  Pierwsza połowa filmu wywołuje u widzów serię ataków śmiechu – Delpy niemiłosiernie wyśmiewa wszystkie przywary swoich rodaków (może dlatego, na sali kinowej wypełnionej Francuzami mój śmiech jednak wybrzmiewał najdłużej), no ale jej wolno. Amerykanom też się trochę dostaje.W drugiej połowie robi się nieco poważniej i melancholijniej i niestety trochę słabiej, ale na osłodę pojawia się Vincent Gallo!

Ogólnie bardzo śmiesznie, ironicznie i inteligentnie. Merci!

Zofia.

Zofia Hertz, była dzielną kobietą. Przeciwności losu, tajfuny historii, życie na emigracji – nie ugięła się przed niczym. Potrzebna była jej tylko maszyna do pisania, papieros w dłoni. I Zygmunt. Od czasu do czasu nowa sukienka. Zofia Hertz była prawą ręką Jerzego Giedroyca, szarą eminecją paryskiej Kultury. Bardzo istotną postacią na mapie polskiej literatury za granicą. Imponującą kobietą, żyjącą w cieniu wielkich mężczyzn.


Kultura, pismo wydawane przez Instytut Literacki, założony tuż po drugiej wojnie światowej przez Jerzego Giedroyca . Wydawane na samym początku we Włoszech, w 1947 przeniesione do Paryża. Cel: kształtowanie polskiego życia umysłowego i literackiego niezależnie od wpływu władz komunistycznych w PRL-u. Platforma kontaktu, dialogu między pisarzami w kraju i na emigracji, wdawca, schronienie dla poturbowanych przez historię i sytuację polityczną twórców.

Podparyski Maisons – Laffitte. Dom przy alei de Poissy, zakupiony przez Instytut Literacki w latach 50. dzięki zbiórce wśród czytelników.W ogrodzie pawilon dla gości-w nim wieczna rotacja. To tu, przez 4 dziesięciolecia, odbywała się żmudna, mrówcza praca i wspólne życie pracowników Instytutu: Jerzego i Henryka Giedroyców, Zofii i Zygmunta Hertzów, Józefa i Marii Czapskich.  Do 2000 roku ukazało się 637 numerów Kultury, 512 książek w serii Biblioteka Kultury – wszystko przygotowane przez mniej więcej 5 osób. Role w redakcji i w domu wyraźnie podzielone.

W redakcji Zofia uczestniczy w wyborze tekstów, przygotowuje tłumaczenia, edytuje gotowe artykuły, wykonuje korektę, nadzoruje prace w drukarni. Potem wstaje, przechodzi z pokoju do kuchni i zamienia się w panią domu, gotuje obiady, kolacje: prawie zawsze, oprócz domowników, przy stole zasiadają goście. A przecież nikt nigdy nie nauczył jej gotować.

Wychowała się właściwie sama, najpierw w Warszawie, potem w Łodzi. Od wczesnych lat szkolnych mieszkała na stancjach. Mądra, zaradna,ambitna ładna. Zdając sobie sprawę,że może liczyć wyłącznie na siebie, zdobyła praktyczny zawód: pierwszy raz jej nazwisko pojawiło się w prasie, kiedy miała 22 lata – jako pierwsza kobieta w kraju przystąpiła i zdała egzamin na stanowisko notariusza. Praca w kancelarii, niezależność finansowa dodawały jej animuszu. Piękne stroje, modne fryzury i przede wszystkim inteligencja. Przyciągała mężczyzn. Zygmunt Hertz zakochał się w niej od razu. On bon vivant, z bogatej rodziny, poszukiwacz przygód zdobył ją poczuciem humoru. Pobrali się w 1939 roku. Ostatnie lato przed wojną-świat należał do nich.

A potem…Najpierw 14 miesięcy w Republice Maryjskiej w ZSRR, od świtu do nocy praca w lesie przy wyrębie. Kobiety pracują razem z mężczyznami. Pierwszego dnia Zofia nie jest w stanie podnieść siekiery,która jest za ciężka. Później łapie rytm. Głód, długa mroźna zima, brak warunków sanitarnych, ale są razem z Zygmuntem-chyba wtedy naprawdę się pokochali. Kolejny wojenny etap rozpoczyna się w 1941 roku, kiedy we wrześniu oboje wstępują do Armii Andersa. Zofia potrafi pisać na maszynie,więc przydzielają ją do Wydziału Kultury i Prasy, wkrótce jej szefem zostaje Józef Czapski, następnym będzie Jerzy Giedroyc. Wtedy żadne z nich nie przypuszczało,że ich losy splotą się na zawsze. Razem z Armią Andersa Zofia przeszła szlak ZSRR-Irak-Egipt-Włochy. Koniec wojny zastał Hertzów w Rzymie. W 1946 powstał Instytut Literacki, ukazał się pierwszy numer Kultury.

Zofia zaangażowała się w projekt bezwarunkowo. Od tej pory podążała za Giedroyciem gdziekolwiek ten, by jej nie zaprowadził w swoich inteletualnych wędrówkach. Zygmunt musiał ją bardzo kochać, skoro zawsze  podążał za nią tym samym szlakiem.

Zajęli maleńki pokoik na piętrze, namiastka domu. Rytm dnia podporządkowany pracy w Instytucie. Życie prywatne, chyba jedynie na wakacjach, tylko wtedy Zofia i Zygmunt mogli pobyć sami ze sobą. Bo w  Masoins zawsze tłok, stale goście, wszystko toczy się wokół idei, pracy. Dyscyplina, poświęcenie, niepoddawanie się sentymentom, chwilowym słabościom. To odpowiadało charakterowi Hertzowej.  Mocna, apodyktyczna, sarkastyczna, partnerka we wszelkich dyskusjach. Imponowała wszystkim odwiedzającym dom Kultury. Niektórzy nawet się jej obawiali. Podobno większy kredyt zaufania zdobywali u niej mężczyźni, trudniej nawiązywała kontakty z kobietami, ale gdy już zaufała to okazywała ciepło, lojalność, gotowała, przygotowywała ulubione potrawy – goście mówili, że świetne, bo, jak w każdej dziedzinie, również w kuchni chciała być perfekcjonistką.

W pracy nad Kulturą znalazła swój sens życia. Wplątała w to męża, poświęciła życie osobiste. Przeżyła wszystkich współtwórców Instytutu, jej właśnie Gidroyc przekazał zarządzanie spuścizną Instytutu Literackiego. Myślę,że była jedyną osobą, której ufał, a ona czuła się przez niego dowartościowana, Dzięki niemu uczestniczyła w tworzeniu  historii.

Do podparyskiego Maisons Laffitte dziś dojeżdża się szybką kolejką podmiejską. Trasa na pewno niewiele się zmieniła, od czasów, kiedy pokonywyła ją Zofia Hertz. Myślę,że wysiadała na stacji Chatlet. Jak wykorzystywała ten czas podróży, czytała, rozmyślała, oglądała zmieniające się za oknem krajobrazy? Do jakich sklepów w Paryżu lubiła chodzić, gdzie się ubierała, w jakich restauracjach jadała?  Spacerując  po mieście, staram się zgadnąć.

 

P.S. Wszystkie zdjęcia Zofii Hertz pochodzą, oczywiście, z internetu .

Sprzedam, kupię, zamienię

Wiosną, w niedzielne poranki bardzo łatwo natknąć się na ludzi przemieszczających się z najróżniejszymi, i często dziwnymi, przedmiotami. Dziecięce wanienki, pluszowe szympansy, pawie pióra, mini fontanny – na wszystko to można natknąć się na ulicy czy w metrze i nikt niczemu się nie dziwi, o nic nie pyta, bo owe obiekty, to znak,że w pobliżu odbywa się brocante.

La brocante to jedno z pierwszych słów, jakich nauczyłam się rozpoczynając swoją przygodę z Francją, bo bardzo lubię tego typu rozrywki. A jest to po prostu wyprzedaż niepotrzebnych rzeczy. Wyprzedaże takie odbywają się we wszystkich zakątkach Francji, a tym samym Paryża, w każdej miejscowości mniej więcej dwa razy do roku (sezon trwa od początku marca do końca października), najczęściej w niedzielę i jest wydarzeniem bardzo zakorzenionym w kulturze, uwielbianym przez Francuzów (każda okazja do wspólnego spotkania, jedzenia i picia jest dla nich dobra), które w dobie mody na wszystko co retro i vintage nabiera nowego charakteru.

W Paryżu,uczestniczenie w  brocante z dosyć  ludycznej rozrywki staje się obecnie modnym sposobem spędzania niedzieli przez ludzi sztuki, mody, projektowania wnętrz i turystów, co w konsekwencji znacznie zmniejszyło szanse na upolowanie okazji!

A o okazję tu chodzi. Logika tych wyprzedaży jest prosta: pozbyć się jak największej ilości  rzeczy, które nie są nam potrzebne,a w ich miejsce nabyć jak najwięcej obiektów, które właśnie są nam niezbędne (a których będziemy się pozbywać za rok).

Idea przekazywania sobie rzeczy, nadawania im któregoś życia z kolei jest mi  bliska ,ale żeby znaleźć prawdziwe cuda za niewielkie pieniądze, najlepiej urządzić sobie wycieczkę do jednego z podparyskich miasteczek (wszystkie zdjęcia zostały zrobione we wsi Rozay-en-Brie),gdzie wśród wielu kiczowatych bibelotów, rzeczy nie nadających się do żadnych transformacji i po prostu śmieci, można natknąć się na rarytasy.

Według mnie jednak, cały urok tkwi w samym włóczeniu się, rozmowach z ludźmi, odkrywaniu często nowego miejsca i świętowaniu. Bo brocante to święto wioski, ulicy, lokalnej społeczności.   

Informacje praktyczne dla zainteresowanych: brocanty inaczej vide grenier odbywają się od marca do października we wszystkich dzielnicach Paryża – szczegółów szukać trzeba w internecie, w każdej księgarni można kupić również kalendarz na dany sezon.

Targ rozpoczyna się wcześnie rano, około 6.00-7.00 i wtedy też pojawiają się najwytrawniejsi poszukiwacze okazji, bo to najlepszy moment,żeby znaleźć coś wartościowego. Za to pojawienie się późnym popołudniem ma tę zaletę, że sprzedawcy, którzy zostają z niesprzedanymi rzeczami, chętnie pozbywają się ich za bezcen.

Żaden brocante nie może obejść się bez  bazy gastronomicznej,więc wycieczkę można zakończyć lub rozpocząć zazwyczaj dobrym i niedrogim obiadem.

W dobrym guście jest nienachalne targowanie się, właściwie to nieodzowny element tych wyprzedaży, prawie zawsze działa.

Nigdy nie wraca się z pustymi rękoma,więc trzeba pomyśleć, w co zapakujemy potencjalne zakupy, bo mogą one zaskoczyć nawet nas samych…