Dwa dni w Nowym Jorku

by cherryfull

Chciałabym bardzo, żeby nagłówek odnosił się do opisu mojej sytuacji, ale niestety jeszcze nie teraz.  To tytuł nowego filmu Julie Delpy.

Julie Delpy,  aktorka ( zagrała m.in. u Kieślowskiego), a teraz także pisarka, pochodzi z Paryża,ale od wielu już lat mieszka w Kalifornii, gdzie większość czasu spędza w domu, pisząc książki oraz bawiąc się z dziećmi i podobno jest jedyną osobą, mieszkającą w Los Angeles cierpiącą na niedobór witaminy D. Od czasu do czasu robi sobie przerwę w pisaniu i zajmuje się filmem.

W 2007 roku weszła na ekrany bardzo dobra komedia „2 dni w Paryżu”. Filmowa Marion przywozi swojego ówczesnego chłopaka, Amerykanina, do swojego rodzinnego miasta. Oczywiście zderzenie kultur, języków i weryfikacja mitu stolicy Francji z amerykańskiej wyobraźni z rzeczywistością stwarza pole do popisu dla komedii i Delpy to świetnie wykorzystała. Paryż z jej filmu podoba mi się o wiele bardziej niż z ten sam temat przefiltrowany  przez Woodiego Allena w „O północy w Paryżu” .  Gdyby Allen opowiedział o tym mieście 4o lat temu, może więcej byłoby między nimi wspólnego. Bo Delpy, którą po pierwszym filmie ochrzczono „Woody Allenem w spódnicy” zdecydowanie odnosi się do najgenialniejszych komedii mistrza z lat 70. i 80. I, co najważniejsze, wychodzi z tego obronną ręką.

W tym roku Marion wraca. Nowy Jork, minęło 5 lat, z chłopakiem z Paryża łączy ją dziecko, ale nie ma już związku, Marion jest w trakcie budowania kolejnego, jest zakochana, opiekuje się swoim synkiem i córką partnera z poprzedniego małżeństwa, właśnie przygotowuje się do wernisażu swoich fotografii i z tej okazji odwiedza ją francuska rodzina: ojciec, siostra i Manu. I zaczyna się film.

Genialna postać zbereźnego, dobrotliwego taty Marion utkwiła mi w pamięci najbardziej po pierwszej części w Paryżu i chyba nie tylko mi, bo w części nowojorskiej papa odgrywa jeszcze większą rolę i  jest sprawcą i uczestnikiem najzabawniejszych scen.  Pierwsza połowa filmu wywołuje u widzów serię ataków śmiechu – Delpy niemiłosiernie wyśmiewa wszystkie przywary swoich rodaków (może dlatego, na sali kinowej wypełnionej Francuzami mój śmiech jednak wybrzmiewał najdłużej), no ale jej wolno. Amerykanom też się trochę dostaje.W drugiej połowie robi się nieco poważniej i melancholijniej i niestety trochę słabiej, ale na osłodę pojawia się Vincent Gallo!

Ogólnie bardzo śmiesznie, ironicznie i inteligentnie. Merci!

Reklamy