Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Month: Maj, 2012

Po nitce do kłębka

Zanim o sprawiedliwym podziale ról w domu zaczęły mówić różnego rodzaju poradniki i magazyny dla kobiet, mój tata już to wiedział. Wiedział,że żeby utrzymać małżeństwo w rozkwicie, to należy, między innymi, ugotować żonie przynajmniej raz w tygodniu pyszny obiad. Tak odkrył, że jest najlepszym kucharzem spośród wszystkich domowników i teraz ponosi tego konsekwencje. Oprócz kulinarnych zdolności posiada również inne. Kiedy miałam kilka lat, uszył na maszynie do szycia dwie identyczne spódnice – mniejsza była dla mnie, większa dla mamy. Do dziś je bardzo dokładnie pamiętam, bo były supermodne, można powiedzieć, że punkowe, z dobrej jakości skóry i z pewnością teraz też nie wstydziłabym się takiej założyć. Jego mama, moja babcia również potrafiła szyć, znam też Annick, spod której rąk wychodzą zjawiskowe patchworkowe rzeczy –  zamierzam się tego od niej nauczyć i właśnie dlatego, za każdym razem kiedy trafiam na Montmartre, zamiast wspiąć się na wzgórze i sprzed bazyliki Sacre Couer, wśród tłumu turystów z całego świata podziwiać kolejny raz panoramę Paryża, zbaczam w zachodnią stronę dzielnicy, gdzie swoje królestwo ma  Marche St. Pierre.

Wszystkie amatorki, adeptki i profesjonalistki – łapię się na tym, że niesłusznie, w naturalny sposób, używam rodzaju żeńskiego – więc poprawka: wszyscy amatorzy, adepci jak i profesjonaliści krawiectwa znajdą to swój maleńki raj i nieskończone źródło inspiracji. Ale tak naprawdę każdy paryżanin słyszał o tej części Montmartre, bo od zawsze zaopatrywano się tu w materiały, wełnę, artykuły pasmanteryjne, najnowsze wykroje z pism z całego świata. Dwa największe domy handlowe nie zmieniły się ani odrobinę od lat 60., kiedy powstały i chyba nawet drewniane metry, którymi sprzedawcy odmierzają materiały pochodzą z tamtych czasów.

Według mnie bardzo inspirujące miejsce, mogłabym się tu szwendać, oglądać, dotykać przez długie godziny. Poza tym tuż obok znajduje się centrum kulturalne La Halle Saint Pierre. Nawet jeśli akurat nie dzieje się w nim nic nas interesującego – warto do niego zajrzeć dla sympatycznej kawiarni i przede wszystkim małej księgarni wewnątrz, gdzie sprzedawane są bajeczne, niesamowicie wydane książki dla dzieci.

Wszystko to znajduje się u stóp Sacre Couer, kilka metrów w prawo (stojąc twarzą ku bazylice) od kolejki wjeżdżającej na wzgórze i karuzeli dobrze znanej z Amelii .

A na Montmartre dotrzemy dojeżdżając linią 12, wysiadamy na pięknym przystanku Abesses.

Odbiór.

Reklamy

Galop czy kłus?

Monsieur Andre, siedemdziesięcioczteroletni Francuz z regionu Brie, uważa że świetną formę i dobre zdrowie zawdzięcza spożywaniu codziennie na śniadanie jogurtu marki Jockey. Być może. Na pewno przyczynia się do tego również regularna szklaneczka cydru własnej roboty, którą wypija codziennie w południe. Cydr towarzyszy Andre w stałym rytuale, kiedy to na stole, przed obiadem, pojawia się gazeta Paris Turf, a Andre zasiada z długopisem w dłoni do typowania koni. O godzinie 13 ruszą bowiem, jak co dzień, gonitwy na hipodromach w całej Francji, transmitowane w telewizji dla tych, którzy nie mogą śledzić ich na miejscu, bo wyścigi konne we Francji to jeden ze sportów i rozrywek narodowych.

Na początku moich przygód z tym krajem bardzo mnie to wyścigowa mania zadziwiła, potem zrozumiałam i się przyzwyczaiłam – grunt,że słowo hipodrom znalazło się na liście najczęściej używanych w domu słów. Jestem czuła na los zwierząt, wiem, co mówi się o tym sporcie i o wypadkach koni wyścigowych, bo jak ten złamie w trakcie gonitwy nogę, to po nim. Ale będąc coraz bliżej tego świata, widzę również ile w tym miłości do zwierząt, jaka współpraca między człowiekiem i koniem, jest szacunek do zwierząt i sportu.

Oczywiście wszystko toczy się wokół hazardu – ale dla mnie to jest teatr. Codzienne marzenia tysięcy o tym jednym szczęśliwym wytypowaniu. Sama nie daję się omamić, ale lubię obserwować graczy bezpośrednio na hipodromie, gdzie ludzie najróżniejszej proweniencji na kilka minut zgodnie zastygają zahipnotyzowani gonitwą, a potem jednocześnie wydają jęk rozczarowania lub dla odmiany okrzyk radości.

Na laiku największe wrażenie robi jednak piękno koni – we Francji biegają jedne z najwspanialszych na świecie. Zawsze będzie dziwił mnie fakt, że te silne i wielkie zwierzęta żywią się trawą i że po gonitwie, kiedy wyschnie już pot i piana stają się tak potulne i cierpliwe.

Paryż jest być może jedynym miastem w Europie, w którym jeden z hipodromów – Auteuilznajduje się prawie w centrum miasta tuż obok Lasku Bulońskiego i kortów Rolanda Garrosa. Zielona wyspa i płuca miasta po jego zachodniej stronie, kilkanaście minut metrem od Wieży Eiffla. W sezonie (od maja do listopada) gonitwy odbywają się codziennie. Dwa, trzy razy w sezonie, zawsze w niedzielę, odbywają się najsłynniejsze wyścigi, kiedy konie walczą o nagrody warte około miliona euro, a na hipodrom ściągają tłumy, nawet tych, którzy zazwyczaj nie interesują się tym sportem. W tym dniu właścicieli koni, trenerów, jeźdźców obowiązuje protokół dotyczący między innymi stroju – stąd widok dżentelmenów w cylindrach i z cygarami oraz dam w kapeluszach.

Wczoraj odbyła się gonitwa Grand Steeple Chase de Paris w której nagroda wynosiła 850 000 euro. Emocjonująca. Na ostatniej prostej przewróciła się cała czołówka faworytów, szalone konie pobiegły dalej, poturbowani jockey’e patrzyli na nie, znikające w oddali, z niedowierzaniem i mimo że linię mety przebiegł pierwszy koń bez jeźdźca, co nie zdarza się co dzień, to jednak wygrał koń, który skończył wyścig pierwszy z jockey’em na grzbiecie. Mid Dancer z numerem 11 , a jego właściciel, skacząc nerwowo na widowni, omal nie spadł z tarasu.

Gdyby naszła kogokolwiek, w trakcie bytności w Paryżu, chęć zobaczenia takiego spektaklu na własne oczy, to do Auteil  należdy dojechać linią metra numer 10 – stacja Porte d’Auteuil.

Odbiór.

Róże

Ruszyło Cannes. W tym roku dyryguje nim Nanni Moretti, ale dla mnie francuskie kino jest kobietą. Jeanne Moreau, Isabelle Huppert, Yolanda Moreau, Juliette Binoche, Irene Jacob, Ludivine Sagnier, Marion Cotillard, która już pozbyła się francuskiego akcentu grając po angielsku. I mogłabym tak długo. Wszystkie one są fascynujące i inspirujące. W najnowszym filmie Jamesa Gray’a Marion Cottilard gra polską imigrantkę w Nowym Jorku w latach 30., gra w nim po angielsku z polskim akcentem i żeby dobrze się do tego zadania przygotować, zaczęła uczyć się jednocześnie polskiego. Podobno struktura naszego języka przyprawiła aktorkę o ból głowy.

Natomiast w Cannes ma premierę nowy film z Marion: De rouille et d’os (Rdza i kości (?)) wyreżyserowany przez Jacquesa Audiarda, autora Proroka. Reżyser powiedział, że po całym czasie spędzonym w więzieniu w trakcie przygotowań i realicji Proroka, nosił w sobię potrzebę zrobienia filmu o miłości, pełnego światła, przestrzeni, wody. Akcję umieścił na południu Francji, ale po filmie takiego reżysera nie można spodziewać się wakacyjnego love story. Chciałabym, żeby historia i sposób jej opowiedzenia znowu, jak w przypadku Proroka, poharatały mi serce – ale na razie cieszę się pięknymi kreacjami na festiwalu.

P.S. Wszystkie fotosy pochodzą z allocine.fr: Jeanne Moreau w Ostatni z wielkich, Ludivine Sagnier w Les bien-aimes, Irene Jacob w Trzy Kolory. Czerwony

Ptaki i bzy

Mimo że wiosna tego roku kapryśna, a pogoda zmienna, to przyroda rozszalała się na całego i nawet w środku wielkiego miasta można natknąć się  na aromat bzu, który mąci zmysły. Na zmysły działa również wizyta na Marche aux fleurs et aux oiseaux, czyli tematu targów w Paryżu ciąg dalszy.

W samym centrum miasta, w dzielnicy 3. przy Quai de la Corse na placu Louis-Lepine codziennie przedpołudniem odbywa się  targ kwiatów i ptaków (choć poza papużkami falistymi nie znajdziemy tu – na szczęście – wiele innych gatunków…). Sam targ jest niewielki i zwiedzanie go nie zajmie więcej niż godzinę, ale porcja chromo- i aromoterapii zapewniona na cały dzień.  Jeden z najprzyjemniejszych sposobów na spędzenie niedzielnego poranka, tym bardziej jeśli jest on słoneczny.

Informacje praktyczne: dojazd linią 4, metro Cite lub jakakolwiek linia zatrzymująca się na Chatlet. Teoretycznie otwarty codziennie od 8 do 19, ale najlepiej znaleźć się tam we wczesnych godzinach przedpołudniowych.

Jour de marche

Dziś nieco mniej dramatycznie niż w ostatnim poście, choć wierzę, że spożywcze nowalijki potrafią wnieść równie dużo dramaturgii, taki rabarbar na przykład, samą swoją nazwą już rozbudza wyobraźnię… Ponieważ w moim rodzinnym mieście wtorki i piątki to tzw. dni targowe –  zatem dziś o dwóch marches.

RANO : Marche Raspail przy Boulevard Raspail. Tutejszy targ spożywczy jest jednym z najbardziej znanych w Paryżu, pewenie dlatego że produkty na nim sprzedawane są najlepszej jakości, a w niedziele handluje się żywnością pochodzącą wyłącznie z upraw ekologicznych (co rzecz jasna przekłada się na ceny), poza tym targ ten mieści się mniej więcej w połowie drogi między wieżą Montparnasse a placem Saint-Germain – można więc od niego rozpocząć  zwiedzanie tej część miasta. Warzywa, owoce, mięso i ryby traktuje się tu z najwyższym szacunkiem i pietyzmem, a handlarze są jak artyści wystawiający swoje dzieła – dumni i kapryśni, i by dostać produkt najlepszej jakości, trzeba się postarać o ich względy!

PO POŁUDNIU: Marche des Enfants Rouges przy rue Bretagne 39. Zwiedzając okolice Marais, warto tu zajrzeć. Jest to stosunkowo niewielki, zadaszony targ – około 20 stoisk, najstarszy taki w Paryżu, funkcjonujący od 1615 roku, szczególnie ulubiony przez paryżan, którzy w weekendy wpadają tu, nie tyle zrobić zakupy, co zjeść w jednej z przylegających do targu restauracyjek: świeże produkty, kuchnia z całego świata, stosunkowo niskie ceny i miła atmosfera – nawet gdy  szósty już tydzień pada deszcz…Jego enigmatyczna nazwa znaczy dosłownie „targ czerwonych dzieci’ i podobno pochodzi od sierocińca, który mieścił się w sąsiedztwie w XVII wieku, a jego wychowankowie nosili czerwone mundurki.

Dla tych, którzy polubili i śledzą Rachel Khoo w Little Paris Kitchen (mniam, mniam w 28 minucie) niespodzianka: przechadzając się miedzy stoiskami, przypadkiem natknęłam się na jej nauczyciela naleśników! Prawie zasłużyłam na uśmiech…

No cóż, może następnym razem. W ten weekend na rue Bretagne odbywa się również sezonowy brocante. Brocanty uwielbiam między innymi za to, że w środku miasta, w biały dzień można się natknąć na takie przedmioty, których sam widok przełamuje rutynę. Jak rabarbar kradziony z ogródków działkowych „przy szpitalu” w wiosenne piątkowe popołudnia dawno temu.

Informacje praktyczne:

Marche Raspail: od wtorku do soboty rano, targ ekologiczny w niedziele od 8 do 13.30. Dojazd m.in. linią 12 metro Rennes

Marche des Enfants Rouges: od wtorku do czwartku w godzinach 8-13.30 i 16-19.30, w piątki i soboty 8.30-20, w niedziele 8.30-14. Dojazd linią 3 metro Temples.

Odbiór.

Sylvia & Sylvia

Nancy Beach brzmi zbyt trywialnie. Co innego Sylvia, to imię ma w sobie coś. To imię się jej podoba. Pod tym imieniem przejdzie do historii literatury. Opowieść zaczyna się, kiedy Sylvia jest jeszcze Nancy i razem ze swoim ojcem-amerykańskim pastorem odwiedza Paryż – jest jeszcze małą dziewczynką, ale już połyka przynętę, Paryż wszedł jej w krew. W trakcie I wojny światowej wraca tu, odwiedzając po drodze kilka innych europejskich krajów i zostaje we Francji na zawsze. Paryż na nią czekał, nie mogło być inaczej.

Czeka też Adrienne. Kiedy Sylvia przekroczy próg jej znanej już wtedy w Paryżu księgarni La Maison des Amis du Livre, ani jej, ani świata Adrienne nie opuści  aż do odejścia jednej z nich.  Sylvia również otwiera księgarnie – pierwszy adres w 1919 roku to rue Dupuyren 8, ale wkrótce przenosi się naprzeciw Adrienne na 12 rue de l’Odeon. Tak powstaje Shakespeare & Company – najsłynniejsza anglojęzyczna księgarnia we Francji i jedna z najsłynniejszych księgarni w ogóle. Sylvia trafiła w swój czas. Życie kulturalne po Wielkiej Wojnie rozkwita. Paryż liże rany, odreagowuje traumę 1914-1918. Francusko-amerykańska para Sylvia i Adrienne przyciągają najbardziej interesujących pisarzy, dają szansę początkującym. Na ich wieczorki literackie ściąga cała bohema literacka Paryża. Dzięki erudycji, inteligencji, obscenicznemu poczuciu humoru zdobywają uznanie i zainteresowanie ówczesnej elity artystycznej Paryża i przyciągają na rue Odeon stałą klientelę. Księgarnia staje się miejscem intelektualnego fermentu i po kolei przybywają tu wszyscy amerykańscy pisarze z pokolenia Lost Generation z Hemingwayem na czele.

Zjawia się też James Joyce. Ma ze sobą rękopis „Ulissesa” – utworu, którego nikt nie chce wydać… Sylvia Beach stawia wszystko na jedną kartę – postanawia sama opublikować to,według niej, arcydzieło. Finansuje zatem pierwsze anglojęzyczne wydanie tej książki.  W tym celu zapożycza się, wpada w  ogromne długi, doprowadza księgarnię na skraj bankructwa, ale dopina swego: 2 lutego 1922 roku”Ulisses” ujrzał światło dzienne. Dziś wiemy, jak bardzo miała rację.

Nad wejściem do księgarni wiszą dwa portrety – Edgara Poe i Walta Whitmana, pewnego dnia próg przekracza  George Whitman. Czy zakochuje się w Sylvii, czy tylko fascynuje go jej osobowość i znajduje w niej mentorkę, nie wiem, wiem tylko, że na zawsze zostaje jego inspiracją i muzą. On też zabiera się za książki. Na ulicy de la Bucherie 37, w kupionym za 500 dolarów pomieszczeniu, powstaje księgarnia Le Mistral – a  historia tych dwoje będzie miała ciąg dalszy.

Tymczasem Sylvia trwa u boku Adrienne. Nadchodzą ciężkie czasy, zbliża się kolejna wojna. Księgarnia po historii z Joycem nie może wyjść na prostą. Powstaje komitet jej wsparcia, lista nazwisk pomagających Sylvii imponująca. Andre Gide, Jean Paulhan, Georges Duhamel, Paul Valery regularnie zjawiają się na wieczorach autorskich, gdzie czytają swoje teksty, gromadząc szerszą publiczność, ale to nie jest czas dla książek. Kiedy do miasta wchodzą okupanci stopniowo ograniczają możliwośc prowadzenia przez Beach księgarni. Z dnia na dzień coraz trudniej jej jest prosperować. W roku 1941 Sylvia zmuszona jest zamknąć Shakespeare’a. Sama trafia do niewoli, początkowo zostaje uwięziona wraz z innymi amerykańskimi kobietami w paryskim zoo, potem trafia do obozu jenieckiego w Vittel, skąd wychodzi, dzięki wstawiennictwu przyjaciół, w 1943 roku. Wraca do Paryża, do Adrienne.

Po zakończeniu II wojny światowej nic nie wróciło do dawnego porządku. Przede wszystkim nie udało się Sylvii powtórnie otworzyć księgarni. Kolejny cios dotyka ją w 1955 roku, kiedy Adrienne popełnia samobójstwo. Sylvia przeżyje ją o 9 lat. Jej najbliższym przyjacielem staje się George Whitman i to on nada historii Sylvii Beach kolejny wymiar.

Kiedy w 1964 roku Sylvia umiera, Whitman zmienia nazwę swojej księgarni z Le Mistral na Shakespeare and Company, a gdy w 1981 roku przychodzi na świat jego jedyna córka – daję jej imię Sylvia. Dziś Sylvia Beach Whitman jest właścicielką i królową Shakespeare & Co przy rue de la Bucherie 37 –  ale to już zupełnie inne opowiadanie.

Będąc w Paryżu, zajrzyjcie na rue de l’Odeon tuż przy bulwarze Saint Germain, gdzie pod numerem 7 i 12 znajdowały się dawniej dwie niezwykłe księgarnie dwóch fascynujących kobiet i skąd Ulisses ruszył w świat. A o tym że znajdujecie się we właściwym miejscu, zorientujecie się widząc drzewo kwitnące książkami.

Dolce vita

Dzień rozpoczął się od dwóch cytryn, które dostaliśmy w prezencie, kupując warzywa i owoce – potem było już tylko słoneczniej. Po czterech tygodniach słoty (z czego dwa przypadły na wiosenne ferie szkolne, kiedy to frustracja we Francji sięgnęła zenitu) nareszcie zrobiło się ładnie. 1 maja każdy, kto nie świętował Dnia Pracy w pracy, wyszedł albo do parku, albo na manifestacje z tradycyjnym bukiecikiem konwalii w ręku, które na szczęście, mimo pogody pojawiły się na czas. Ulice Paryża opustoszały i kiedy trafiłam przez przypadek do Jardin du Luxembourg, zrozumiałam dlaczego – wszyscy już tam byli.

I nic w tym dziwnego, w takie słoneczne i świąteczne dni jak dziś, Jardin du Luxembourg stanowi jedno z głównych miejsc rekreacji i odpoczynku dla mieszkańców Paryża i turystów. Pezjaż miasta nie mógłby się obejść bez tego zaprojektowanego z wielkim przepychem parku. Usytuowany na styku Dzielnicy Łacińskiej, Saint-Germain-des-Pres i Montparnasse, Ogród Luksemburski, a w nim Pałac Luksemburski (w którym mieści się dziś siedziba senatu), został zaprojektowany i stworzony na zamówienie Marii Medycjeskiej na wzór ogrodu di Boboli i pałacu Pitti w jej rodzinnej Florencji. Prace nad budową parku rozpoczęły się w 1611 roku i trwały przez kolejne 20 lat. Jest to drugi największy park w Paryżu, każda jego część ma inny charakter,ale nawet w takie dni, jak dziś, kiedy miejsce przepełnione jest ludźmi stęsknionymi za słońcem i zielenią, można znaleźć ustronny zaułek i kontemplować przyrodę w samym centrum miasta.

Jak każdy paryski park, również ten przyjazny jest zarówno dorosłym jak i dzieciom. Dla tych pierwszych stworzono miejsca do gry w bule, szachy, tenisa, są również, porozsiewane po różnych zakątkach, kawiarnie; dla drugich stworzono ogromny plac zabaw (który dziś, wypełniony po brzegi amatorami zabawy do lat 10, wyglądał apokaliptycznie) stawy i fontanny, gdzie osobiście można spławić łódkę, tory dla wszelkich pojazdów napędzanych pedałami – jest w czym wybierać. Tylko uwaga, nie wszystkie trawniki można deptać! By poczuć kontakt z ziemią w pozycji horyzontalnej należy wybrać spore połacie do tego przeznaczone, do dyspozycji są również ławki i mnóstwo metalowych krzesełek i leżaków do przenoszenia z cienia na słońce i odwrotnie. Jest w tym parku coś takiego, że oprócz tłumu, otacza nas również uczucie spokoju i relaksu i czujemy, że – będąc tu nawet tylko przejazdem – przez chwilę należymy do paryskiego krwioobiegu, coś, co pozwala nacieszyć się nieprzyzwoicie pięknym dniem do końca.

Informacje praktyczne: Jardin du Luxembourg  znajduję się w dzielnicy 6., u szczytu bulwaru St. Michel, 15 minut pieszo od Panteonu. Metrem można do niego dotrzeć na kilka sposobów m.in.:  RER B Luxembourg lub metro 4 Saint Sulpice, Park otwarty jest od świtu do zmierzchu, wstęp wolny.