Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Month: Wrzesień, 2012

Ogłoszenie nr 2

Ekscytuję się nadchodząca sobotą. Spotkam bowiem dawno niewidzianą koleżankę, która przylatuje do Paryża specjalnie po to, by zorganizować świetne przedsięwzięcie, które niniejszym mam zamiar zarekomendować (a w sobotę pomogę przy rozstawianiu stołów). W sobotę na Bastille odbędzie się francuska odsłona targów RE:produkcje czyli twórcza wymiana pomysłów i energii oraz sprzedaż pięknych przedmiotów i przedmiocików. Będzie fajnie – wpadajcie!

MARCHÉ DE LA BASTILLE Bd Richard Lenoir, M°Bréguet Sabin, od 10 do 19!

Ogłoszenie

W tym tygodniu mam szczęście do SPOTKAŃ. W księgarni, w której pracuję poniedziałek i wtorek upłynęły na nagrywaniu programu z udziałem Jeanette Winterson. Jej obecność sprawiła, że te dwa dni były dla nas świętem. Wierzę, że wiele można powiedzieć o osobie na podstawie ulubionej kawy. Ona pija cafe creme.

Jutro natomiast dowiem się, jaka kawę najbardziej lubi (o ile w ogóle takową pija) Olga Tokarczuk. Spotkanie autorskie odbędzie się w Księgarni Polskiej, przy bulwarze Saint Germain 123. Początek o godzinie 18. To z okazji wydania francuskiego tłumaczenia książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, które ukazuje się we Francji nakładem Noir sur Blanc w dodatku ze świetną okładką.

Zupełnie (nie) przypadkiem się składa, że obie pisarki wzięły udział w tworzeniu serii „Mity” – przedsięwzięciu bez precedensu organizowanym jednocześnie przez 34 wydawnictwa na całym świecie i rozłożonym na blisko 30 lat. Książkami „Anna Inn w grobowcach świata” Tokarczuk i „Brzemię” Winterson włączyły się w dyskurs nad reinterpretacją mitów i legend i, myślę, że to tylko początek listy cech wspólnych obu autorek.

Dla tych którzy planowaliby przyjazd z Polski może być już lekko za późno, ale Ci którzy na miejscu, niech skorzystają z okazji.

Tropem książki – BnF

Przygotujcie się na spacer-trasa między Saint Michel a Biblioteką Narodową im. Franacoisa Mitteranda obfituje w doznania. Zaczynając wyprawę na wysokości katedry Notre Dame, kierując się na wschód, wzdłuż rzeki najpierw zaliczymy liczne charakterystyczne budki bukinistów, które są jak skarbczyki z biżuterią – wydania kieszonkowe klasyków, rzadkie pięknie wydane okazy, dawne afisze, magazyny, płyty i gazety codzienne kuszą, by zanurkować w kolekcji, ale wyjątkowo ignorujemy zaproszenia, rzucamy tylko okiem i wędrujemy dalej. Idąc wzdłuż Sekwany, kilka minut za katedrą, po drugiej stronie bulwaru natkniemy się na centrum kultury arabskiej Institute du Monde Arabe, znajdujące się tam fascynujące zbiory to temat na osobny długi post, dziś tylko spoglądamy na fasadę i podążamy dalej prowadzeni linią rzeki. Po kilku minutach, po prawej stronie wyłoni się brama prowadząca do jednego z moich ulubionych parków Jardin des Plantes, gdzie o tej porze roku oprócz turystów najwięcej w nim studentów, szczególnie tych z pierwszych roczników, którzy właśnie zachłystują się początkiem roku akademickiego na jednym z największych francuskich uniwersytetów Paris VI , którego główny budynek – wieżowiec  Jussieu wyrasta z drugiej strony ogrodu. Do parku zajrzymy przy innej okazji. Mijając kilka skrzyżowań, wkrótce znajdziemy się przed dworcem Gare d’Austerlitz, gdzie warto zwrócić uwagę na turkusowy tunel wprowadzający nadziemną część metra (linia numer 5) w sam środek budynku. Zawsze robi to na mnie wrażenie i średnio za trzecim metrem wjeżdżajacym „w” dworzec zdaję sobie sprawę, że stoję w miejscu już od 20 minut i czas ruszyć dalej. Z mostu Charles de Gaulle usytuowanym tuż przy dworcu rozciąga się piękna panorama na coraz bardziej industrialną wschodnią część miasta, choć z drugiej strony majaczy jeszcze Notre Dame. A w dole tuż pod mostem stoi ciekawy budynek Institute Francaise de la Mode, na który warto zwrócić uwagę, poznacie go po ogromnej zielonej tubie zdobiącej jego północną stronę. W tym miejscu warto przejść na drugą stronę rzeki, by mieć możliwość spojrzenia z dystansu na panoramę, która wyłoni się za kilkaset metrów, bo już po kilku minutach marszu objawi się nam cacko francuskiej najnowszej architektury – BnF czyli budynek Biblioteki Narodowej.

O tym miejscu należałoby napisać esej. Fantastyczny surrealistyczny krajobraz, gdzie najdrobniejszy detal ma swoje uzasadnienie. Miejska przestrzeń, która jest przyjazna przebywającym w niej. Biblioteka skomponowana jest z czterech osobnych wieżowców – każdy z nich symbolizuje otwartą książkę a razem tworzą kształt prostokąta, który również może przywołać na myśl formę okladki. W każdym z nich wymyślny system rolet chroniących zbiory przed światłem słonecznym (ich układ, otwieranie i zamykanie skoordynowane jest z wędrówka słońca wokół budynków), ogród  w samym centrum, mediateka, kino, kawiarnie i bary tworzą atmosferę i życie toczy się przy BnF tak w dzień jak i wieczorami. Biblioteka powstała na zamówienie prezydenta Mitteranda w latach 90. i była częścią wielkiego, przez niego powołanego, projektu „unowocześniania” miasta, w którego skład wchodzi też słynny szklany łuk w La Defense, piramidy przed Luwrem, Muzeum Orsay i Park Vilette. Plan w tamtym czasie wzbudzał kontrowersje, ale dziś jest już klasycznym przykładem urbanistycznego rozwoju miasta. BnF jest miejscem spotkań, odkryć, przeżyć –  czuć tutaj energię.

A kiedy już zobaczycie, co należy, to zejdźcie schodami nad sam brzeg rzeki i wybierzcie sobie bar z którego pooglądacie zachód słońca, bo o tej porze dnia jest tu najprzyjemniej. Ja polecam Le Jardin (najbliżej do niego ze wschodniego skrzydła,poza tym specjalne pozdrowienia dla E., dzięki której to sympatyczne miejsce odkryłam).

Odbiór!

Azyl

Stojąc przed słynnym czerwonym wiatrakiem Moulin Rouge, zastanawiam się, ile razy przystawali tu w drodze do domu  Jacques Prevert albo Boris Vian, ile razy weszli, by obejrzeć spektakl. Obaj, w różnych okresach, mieszkali bowiem pod tym samym paryskim adresem –  w położonym 50 metrów na lewo od słynnego kabaretu pasażu Cite Veron.

Dziś bardzo niepozorna, lekko zaniedbana, dla niewtajemniczonych imponująco łatwa do przeoczenia, ślepa uliczka zasługuje na to, by poświęcić jej kilka minut z czasu spędzonego na Montmartre. To jedno z tych zaskakujących miejsc, gdzie będąc w samym sercu tętniacego życiem miasta, nagle odnajdujemy spokój, jakby zamknąć za sobą drzwi, za którymi zostaje gwar placu Pigalle i zgiełk bulwaru Clichy.

Jedyne, co może zająć naszą uwagę to dźwięki dobiegających przez okno prób teatralnych, bowiem mieści się tu dobrze znany okolicznym mieszkańcom prywatny teatr  Theatre OuvertZasługuję on na odrębną, wyłącznie jemu poświęconą historię. Dziś napiszę tylko, że rzeczywiście, jak nazwa na to wskazuje, jest to miejsce otwarte. W każdym tego słowa znaczeniu. Otwarty na widza, autorów, gatunki. Powstał w 1971 roku na festiwalu w Awinionie, w Cite Veron znajduje się od 1981 roku. Prowadzony przez małżeństwo – i ta para właśnie zasługuje na  osobną opowieść. Micheline  i Lucien Attoun teatrem zajmują się od ponad 40 lat, kochają od zawsze. On choleryk i pasjonat, ona mediator i sufler kiedy trzeba. Są obecni na każdym przedstawieniu, w oczach otaczającej ich młodej ekipy widać oddanie i zaangażowanie, czasami zniecierpliwienie, bo czas do domu, a dyrektorstwo chce jeszcze więcej, więcej wszystkiego, bo życie i pasja w nich wrze i żegnają osobno prawie każdego widza, do ostatniego. Mogłabym o nich długo. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja, by pobyć z nimi więcej i bliżej. To dzięki nim Cite Veron ożywa wieczorami, a nowy sezon zaczyna się teraz.

Odbiór.

 

 

 

 

 

 

 

Pauza

Kiedy w pośpiechu na ulicy mijam taki obrazek, to nie wiem, czy bardziej chciałabym zapytać o to, jak ma na imię, czy jednak co czyta. Pewnie jedno wynika z drugiego.

W słońcu na Montmartre jest biało i niebiesko

Dzisiaj jedziemy na Montmartre. Ale nie wysiadamy, jak zawsze, na Abbesses – rue Lepic, kawiarnię Amelii, bagietkę z piekarni Cocliquelicot, plac Tertre zostawiamy dla tych, którzy tu będą pierwszy raz- dziś wysiadamy na stacji Lamarc i zdobywamy wzgórze od jego północnej strony. Ta część dzielnicy, tzw. vieux Montmartre, to moja ulubiona strona wzgórza. Usytuowana za plecami bazyliki, mimo,że oddalona zaledwie 5 minut od turystycznego serca dzielnicy, jest o wiele bardziej urokliwa i wyłącznie tam można jeszcze poczuć oddech dawnego Montmartre, kiedy ta wioska stała się kulturalnym epicentrum XIX- i XX-wiecznego Paryża.

Zanim jednak na blogu pojawi się Van Gogh, Picasso, Kiki, Max Jacob, Dali, Prevert i reszta plejady związanej z tą częścią miasta, chciałam Wam wskazać jedno miejsce, które tylko o tej porze roku i w tym miękkim świetle wrześniowego słońca objawia się w całej krasie i splendorze.  Bo w tym samym czasie, kiedy w pięknej Alazcji, na stokach dojrzewają ostatnie białe winogrona, z których powstaną wszystkie te pyszne Rieslingi, Gewurstraminery, Sylvanery i inne niesamowite wina z tego regionu, na wzgórzu Montmartre, również dumnie prężą się na krzaczkach owoce z których zostanie zrobione wyjątkowe pod każdym względem wino z Montmartre. Oto stoimy przed jedyną winnicą w mieście!

Usytuowana na zboczu przy rue Saint Vincent winnica, której oficjalna nazwa brzmi Clos-Montmartre, przypomina o tradycji uprawiania winorośli na Montmartre, która sięga XVI wieku. Do początku XX wieku, zanim malutkie miasteczko zostało wchłonięte przez Paryż, mieszkańcy Montmartre zajmowali się głównie rzemieślnictwem i właśnie hodowlą winorośli.

Miejsce w którym dzisiaj rośnie około 200 krzewów, z których co roku powstaje kilkadziesiąt litrów wina, przez kilka wieków było parkiem, później miejscem niedzielnych potańcówek i kabaretów, który ze względu na swoją kiepską reputację został na długi czas zamknięty, po to by wrócić do życia jako winnica w 1933 roku. Wtedy to, by zwrócić Montamartre tradycję związaną z wyrobem wina, posadzono tu szczepy gamay i pinot noir, z których do dziś powstaje wino dostępne tylko w specjalnej sprzedaży. Niestety, winnicę można podziwiać wyłącznie zza drucianego ogrodzenia, ale jeśli cofnąć się odrobinę, za plecami znajdziemy maleńki zacieniony placyk z trzema ławkami, z którego roztacza się najładniejszy widok na maleńką domenę Montmartre. Trochę wsi w mieście, bo tu wakacje cały czas trwają!

Wrześniowa gorączka

Z początkiem września do Paryża zawitała  nowa energia. Od tygodnia miastem rządzi słowo la rentree, które używane jest prawie wyłącznie we wrześniu, w kontekście powrotu nie tylko do szkoły, ale także powrotu do wszystkich innych aktywności. Paryżanie wracają do pracy, w metrze zrobiło się ciaśniej, w dystrybutorach pojawił się, po wakacyjnej przerwie, nowy numer A Nous Paris, wieczory zapadają szybciej, a poranki witają chłodem. Mieszkańcy stęsknieni za swoim miastem ze zdwojoną energią zabierają się za nowości w kinach, teatrach i księgarniach.

Przyłączając sie do ogólnego podekscytowania, przedstawiam mini przegląd paryskich nowin i wrześniowych propozycji kulturalnych.

1. W trakcie wakacji miłośnicy rive gauche czyli lewego brzegu Sekwany podskoczyli z radości po elektryzującej wiadomości ogłoszonej przez paryskie merostwo. Na wiosnę 2013 odcinek wzdłuż rzeki między Muzeum Orsay a mostem Alma zaprezentuje zupełnie nowe oblicze. Zostanie całkowicie zamknięty dla ruchu samochodowego i udostępniony pieszym, cyklistom i rolkarzom. Już sobie siebie wyobrażam mknącą  na rowerze w pierwszy wiosenny dzień, bez strachu, że za chwilę kiepsko skończę pod kołami znerwicowanego paryskiego kierowcy. Z taką perspektywą przetrwam nawet najdłuższą zimę. Vive le Velib’! (Swoją drogą, o tym praktycznym systemie wypożyczania miejskich rowerów na krótkie przejażdżki muszę napisać osobną rozprawę.)

2. W bliższej perspektywie planuje kilka wycieczek wokół Paryża. Zakładając, że lato nie opuściło nas jeszcze przez chwilę, kolejną niedzielę przeznaczę na wyprawę na jedną z plaż usytuowanych na zalewach na Sekwanie w regionie Seine-et-Marne. Do wyboru Jablines-Annet lub Vaires-Torcy. 40 minut podmiejskim pociągiem i z serca Paryża przenosimy się na łono natury. Park, centrum ornitologiczne, woda, rowery wodne, kajaki, babie lato… W dodatku (to kolejny prezent od władz miasta w nowym sezonie) jako szczęśliwa posiadaczka biletu miesięcznego czyli słynnego paryskiego Navigo, dostanę się tam bezpłatnie, bo od początku września w weekendy w regionie paryskim przestaje obowiązywać podział na strefy!

3. Na pewno zdążę jeszcze na wystawę fotografii wspaniałej węgierskiej artystki Evy Besnyo (to jej zdjęcie znajduję się na wstępie tego postu), która od kilku miesięcy ma miejsce w Jeu de Paume. Zostały już tylko dwa tygodnie.

4. A spóźniając się na jedną wystawę, nie mogę się doczekać kolejnej. W Grand Palais pod koniec września zaczyna się przebogata retrospektywa przemierzająca epoki, style, artystów pod tytułem BohemesI już sobie wyobrażam ile tam inspiracji i zachwytów na mnie czeka. Kto będzie w tym czasie na miejscu niech zajrzy koniecznie!

Założę się, że w każdym innym mieście również czuć tez rześki powiew oznajmiający nadejście (kulturalnej) jesieni.

Odbiór.