Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Month: Styczeń, 2013

Samedi a la cinematheque

IMGP9778

W moim rodzinnym miasteczku dawniej były dwa kina: Sokół i Sputnik. W Sputniku obejrzałam dwa pierwsze w swoim życiu filmy, filmy, które, pamiętam, zrobiły na mnie potężne wrażenie. Były to „Niekończąca się opowieść” (do dziś pamiętam strach pomieszany z uwielbieniem dla wielkiego latającego psa) i „Akademia Pana Kleksa” ze sceną ataku wilków na zamek. Czasy były trudniejsze, ale kina były dwa i w piątkowe wieczory sale przynajmniej do połowy pełne. Dziś zostało jedno kino Sokół i ukłony tym, którzy siłą woli czy rozpędu utrzymują je przy życiu, bo luksusem jest pięciu widzów na nieogrzewanej sali, a w zeszłym roku w pamięci zapadł mi seans, kiedy film „O północy w Paryżu” oglądały tylko dwie zmotywowane kinomanki moja mama i ja. Może gdyby na sali było cieplej?

Teraz, kiedy mieszkam w Paryżu-mieście setek niezależnych kin, wszelkich festiwali i festiwalików filmowych, jedyne na co mogę narzekać, to niedobór wolnego czasu, bo gdybym miała nieskończoną jego ilość, to przynajmniej połowę spędziłabym w miejscu, gdzie po księgarni, bibliotece i kawiarni najłatwiej przetrwać szarą, wilgotnie chłodną, deszczową zimę w mieście, czyli w Cinematheque Francaise. W kinotece jest wszystko. Cały film, cała kinematografia. Codziennie od południa do wieczora można wybierać w prezentowanych przeglądach i retrospektywach i wystawach. Do nastroju, pogody, pory dnia można sobie dobrać seans lub wybierać na chybił trafił odkrywając w ten sposób nieznane kinematograficzne lądy. Co miesiąc zmienia się kolekcja prezentowanych tematów, zbliżeń na sylwetki reżyserów, aktorów, dorobku filmowego różnych państw. Ani jedna ani dwie, ani pięćdziesiąt zim nie wystarczy, by nadążyć za wszystkim propozycjami, a do tego dochodzą łatwo dostępne archiwa i biblioteka do oglądania,przeglądania i odkrywania. Luksus. Każda wizyta pozostawia mnie z uczuciem niedosytu. I dobrze, bo to część przyjemności, że mogę wrócić, kiedy chcę, że to przyjazne miejsce na mnie czeka. że jestem w klubie ludzi, którzy tak samo lubią spędzać chłodne soboty, że razem wyruszamy w podróż (ostatnia odbyła się na Haiti, dzięki doskonałej, onirycznej komedii „Les Naufrages de l’ile de la Tortue” słabo znanego nie tylko w Polsce, ale także  Francuzom Jacques Rozier). A po seansie lub przed nim kawa. Albo obiad, albo kolacja, bo przez cały dzień otwarta jest kawiarnia i restauracja, dla tych którzy więcej czasu spędzają w kinotece niż w domu.   Nawet jeśli będziecie w Paryżu tylko przejazdem, to wpadnijcie na film albo dwa.

La Cinematheque Francaise                                                                                              51 rue de Bercy, Paryż 12                                                                                                     metro Bercy linia 6 i 14.                                                                                          Jednorazowy bilet 6.5 euro.

IMGP9773

IMGP9776

IMGP9770

photo-Les-Naufrages-de-l-ile-de-la-Tortue-1974-1Pierre Richard w „Les Naufrages de i’ile de Tortue”

L’education sentimentale III

IMGP5334

 

„Największą ulgę w tamtym czasie przyniósł mi wyjazd do Paryża i ukrycie się w księgarni Shakespeare and Company. Przyjaźniłam się z właścicielką, Sylvią Whitman, młodą kobietą, którą niesie ogromna energia i entuzjazm. Jej ojciec George, który otworzył księgarnię na jej obecnym miejscu, w pobliżu Notre Dame, w 1951 roku, wciąż mieszka na górze, niczym stary orzeł na grzędzie.

Sylvia zamówiła mi pokój w niezmodernizowanym staromodnym hotelu Esmeralda tuż obok księgarni. I tam, na najwyższym piętrze, w pokoju bez telefonu, bez telewizora, z samym tylko łóżkiem, biurkiem i widokiem na katedrę, przekonałam się, że mogę spać, a nawet pracować.

Potrafiłam przesiedzieć większą część dnia i wieczoru w antykwarycznej części księgarni, czytając w towarzystwie psa Sylvii, a kiedy potrzebowałam się przejść, to ten pies, suka, która wabiła się Colette, też za mną szedł. Prosta, bezpieczna ucieczka.

W księgarni niczego ode mnie nie wymagano i opiekowano się mną. A kiedy zjawiłam się z infekcją górnych dróg oddechowych, to Sylvia nie pozwoliła mi wrócić do domu. Gotowała mi zupę, przebukowała moje bilety, kupiła mi piżamę i trzymała mnie w łóżku.

W tej księgarni panowała atmosfera z dawnych czasów. Byłam bezpieczna. Byłam otoczona książkami. Zaczęłam oddychać głębiej i normalniej, już mnie nic nie nawiedzało. To było tymczasowe, ale bezcenne.”

Jeanette Winterson, „Po co ci szczęście , jeśli możesz być normalna”

Moja przystań.