Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Month: Luty, 2013

Mały park, dużo radości

IMGP0201

Na styku dwóch bardzo ruchliwych alei F. Roosevelt i  Cours la Reine, zaledwie pięć minut od Champs Elysee można się natknąć na miłą niespodziankę. Wciśnięty między Musee de la Decouverte i Grand Palais znajduje się maleńki i łatwy do przeoczenia acz bardzo nietypowy park, skwerek właściwie. Pół metra pod poziomem ulicy mieści się miejsce zwane La Valee Swiss.  A ponieważ francuska wiosna jest już tuż tuż i budząca się przyroda zarzuca na nas, jej spragnionych, sieci, to przechodząc tą trasą nie wiem, który  już raz, zwróciłam na to miejsce po uwagę po raz pierwszy i oczywiście spotkała mnie tam przeurocza niespodzianka. Schodząc kilkoma kamiennymi schodkami w dół, nie oddalając się d ruchliwej ulic ani od metr nagle znajdujemy się w innej dzikiej (!) przestrzeni. Maleńka przystań, oaza spokoju w środku metropolii. Kilka drzew (m.in. klon, bambus, drzewko cytrynowe), bluszcz, lilie staw,wodna kaskada skały, trzy ławki i kilka ptaków i już! Tyle wystarczy, by sezon wiosenny 2013 uważać za rozpoczęty! Spacerując między Pałacem Inwalidów a Champs Elysee nie przeoczcie tej perełki.

IMGP0195

IMGP0197

IMGP0223

IMGP0232

IMGP0234

Z życia księgarni

IMG_20130218_195404

Księgarnia, w której pracuje ściąga wyjątkowych ludzi. Dziś czekałam na tę parę od rana: Tom marzył, by oświadczyć się Nicole w poniedziałkowy poranek właśnie u nas. Przylecieli z Londynu –  lotnisko, metro, Saint Michel, my. Na nią zamiast książki czekała butelka schłodzonego szampana. I zgodziła się. Tak, tak, tak, jestem romantyczna i takie gesty mnie urzekają, bo rozświetlają rzeczywistość.

Z wrażenia nie zauważyłam, z jakimi tytułami (bo znaleźli czas i koncentrację, żeby kupić kilka książek) wyszli ze sklepu. Sprzedawać książki, to sprzedawać marzenia, każdemu czego trzeba.

Odbiór!

Poeta o twarzy długiej jak jajko

IMG_20130217_145212

A w Paryżu 1903 roku:

” Kiedy młody wychowanek szkoły jezuickiej i skromny adept literatury Andre Billy, wszedł do podziemia kawiarni „Soleil d’Or’ położonej na rogu bulwaru Saint-Michel, w najbliższym sąsiedztwie Sekwany, było tam ciemno od tytoniowego dymu i tak tłoczno, że z trudem znalazł miejsce przy stoliku zajętym już przed dwu młodych ludzi o rozwichrzonym, zdecydowanie poetyckim wyglądzie. Rozejrzał się – ani jednej znajomej twarzy. Niewielu miał znajomych w Paryżu, a już najmniej w środowisku artystycznym. Jest tu zaledwie od kilku miesięcy i pracuje cichaczem nad powieścią, oczywiście autobiograficzną, której tematem jest dzieciństwo wychowanka szkoły jezuickiej w Amiens. Marzą mu się literackie laury, ale tymczasem nie dojada, zarabia jakieś grosze pracą w kantorku, żywi się kawą i rogalikami, włóczy godzinami po Paryżu, wyczytując książki rozłożone u bukinistów i na ladach z nowościami księgarskimi przy Wielkich Bulwarach. Mimo ubóstwa życie to wydaje mu się wspaniałe i za najlepszą pensję nie oddałby obfitości wolnego czasu, jaki ma do rozporządzenia w tym niezwykłym mieście. (…)

Do kawiarni „Soleil d’Or” sprowadziły go sentymenty poetyckie. Tu recytuje się wiersze, tu zbierają się młodzi poeci, tacy, którzy otrzymali już pierwszy chrzest bojowy druku. Ci, którym się powiodło. Powodzenie – wspaniałe słowo! Billy pragnie go z całych sił swojego dwudziestoletniego istnienia. (…) Po gromkich oklaskach, jakimi zebrani żegnają recytacje Paul Forta poparte pełną wdzięku gestykulacją, w której swoistą rolę odgrywa czarna peleryna i rembrandtowski kapelusz z szerokim rondem, wchodzi na podium Apollinaire, jeden z młodych , który zwrócił już na siebie  uwagę poematami drukowanymi w „La Revue Blanche” i „L’Europeen”. Mimo że ma zaledwie dwadzieścia trzy lata, nie wygląda na tak wiele młodszego od swojego poprzednika. Średniego wzrostu, ale ciężki, mocno zbudowany, ubrany jest w angielski tweedowy garnitur, bardzo już dwudziestowieczny w stylu, który nosi z elegancką nonszalancją, ręce ma pulchne, białe i kształtne. Kiedy ciężko wspiera się jedną dłonią o powierzchnię fortepianu i na wpół odwrócony do ściany, z zamkniętymi oczami zaczyna recytować swoje wiersze, w pierwszej chwili monotonia jego deklamacji odstręcza i wydaje się trudna do wytrzymania, tak męczy i wymaga, tak jest intymna. Ale to ubóstwo środków wciąga, porywa, mobilizuje uczuciowo, czyniąc liryzm słowa bardziej nagim i rozdzierającym. Pobladła twarz, długa jak jajko, z czarnymi przecinkami brwi, ciężkimi powiekami, drobnymi ustami i długim nosem, twarz jakby trochę zdegenerowana genialnego chłopca, przykuwa uwagę, każe zamilknąć hałaśliwej sali.”

Julia Hartwig  „Apollinaire”

La_muse_inspirant_le_poète                                        La muse inspirant le poète, H. Rousseau