Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Kategoria: Książki i kobiety

To był dobry dzień

dla literatury i jej miłośników. Przyznając Nagrodę Nobla Alice Munro, Akademia zwróciła oczy czytelników (a przed wszystkim tych, którzy nie czytają wcale) na mądrą, piękną, starą kobietę i na opowiadanie jako gatunek literacki. W czasach, kiedy większości z nas brakuje czasu na wszystko – również książki, opowiadanie umacnia swoją pozycję. Wydaje się być formą, bardziej odpowiadającą rzeczywistości, w której króluje krótki przekaz wiadomości na Facebooku, Twitterze, blogach, w świecie, któremu coraz bardziej brakuje umiejętności skupienia. Sama Munro tak tłumaczy wybór opowiadania jako głównej formy literackiej: „Tak widzę życie. Ludzie zmieniają się, kształtują na nowo po kawałku, robiąc rzeczy, których nie rozumieją. Powieść ma spójność, której nie widzę wokół siebie”. Proza Munro skupiona jest na detalu, osadzona w codzienności, często biernej i nudnej, na kanadyjskiej prowincji-gdzie nic się nie dzieje, a dzieje się wszystko. Pisarka fantastycznie potrafi dostrzec moment, kiedy na powierzchni zwykłych dni pojawia się rysa, pęknięcie zwiastujące trzęsienie ziemi.

Jej ostatni zbiór „Drogie życie” podobno ma być ostatnim, cztery końcowe opowiadania są autobiograficzne, jednak patrząc na błysk, jaki pisarka ma w oczach i wspaniałą energię jaką zaraża czytelników na spotkaniach z nią, wierzę że ostatnie opowiadanie nie zostało jeszcze napisane.

Alice Munro, winner of the 2013 Nobel prize in literature

9780307596888_custom-579b988dae1f175f4b3e91e9af6956426e408c98-s6-c30

Maj/Czerwiec

Z życia księgarni/urodziny

IMGP1014

W tym pięknym tygodniu, kiedy Paryż wiosennie oszalał i cały rozkwitł na biało i bladoróżowo, świętowaliśmy 449. urodziny Szekspira i mojej Mamy! Z okazji urodzin tego pierwszego, w księgarni odbyło się zbiorowe i bardzo wiosenne czytanie szekspirowskich sonetów. Moja koleżanka Lola, która, kiedy nie sprzedaje książek, jest aktorką, nadała wieczorowi szczególnego wymiaru mistrzowsko interpretując wiersze po angielsku i francusku ( w dodatku doskonale, choć francuskiego uczy się zaledwie od roku!) i wciągając w recytację publiczność. A fanów Szekspira w Paryżu zjawiło się multum i zmusiło do myślenia, jak taki potencjał i zainteresowanie wykorzystać.  Skończy się to zapewne jakimiś obchodami 450. rocznicy urodzin za rok –  oby tylko pięknie kwitnąca przed sklepem wiśnia znowu objawiła nam się na czas! W takie wiosenno-letnie wieczory, kiedy spragnieni słońca dostajemy nagle niespodziewaną jego dawkę, a świat przez kilka dni wygląda i smakuje inaczej, tę poezję odczuwa się najlepiej. A kilka miłosnych linijek poniżej dedykuję mojej wiecznie młodej i dzielnej Mamie, która urodziła się blisko 400 lat i jeden dzień później. Jest piękna, mówię Wam!

Sonet 18. w tłumaczeniu Jerzego Słowińskiego

Mam cię porównać do letniego dnia?
Piękniejsza jesteś, stalsza niźli on.
Tenuta lata nazbyt krótko trwa
I w maju ścina czułe pąki szron.
To zbytni żar nam oko niebios śle,
To szara mgła zasnuje złoty krąg
I piękno już mniej piękne zdaje się
Przez ślepy traf, lub przyrodzenia ciąg.
A twoje lato nie straci swych kras
Ani mu groźna najsurowsza z zim,
Ni w mroku śmierci pogrąży cię czas,
Bom w nieśmiertelny ujął ciebie rym.
Pokąd tchu ludziom, pokąd w oku skry,
Potąd trwa wiersz ten, a w wierszu tym ty.

IMGP0986

IMGP1000

IMGP1002

 

Wiosno, gdzie jesteś?!

IMGP0384

 

Zadaję sobie to pytanie jak Wy wszyscy, bo w Paryżu też jej nikt jeszcze tego roku nie widział. Nowy złoty rower czeka w kącie, by wraz ze mną ruszyć w miasto pierwszego słonecznego dnia, a tymczasem ja  nadal daje pierwszeństwo książkom.

Biografia Wisławy Szymborskiej napisana przez Annę Bikont i Joannę Szczęsną podarowana mi przez parę przyjaciół, czekała kilka tygodni na półce. Oszołomiona tym, co zrobiła ze mną fantastyczna opowieść o Miłoszu Andrzeja Franaszka, obawiałam się sięgnąć po książkę poświęconą Szymborskiej w obawie, że czegoś jej zabraknie. Błąd. Cudowna niespodzianka i przyjemność z każdego akapitu. Napisana z wielkim szacunkiem i kompletnym zaufaniem do twórczości poetki, z wielkim poczuciem humoru (nie mogło być inaczej) i dystansem, poruszająca każdy etap w życiu bohaterki przedstawia nam piękny i bogaty portret poetki, która najbardziej ceniła sobie dyskrecję, intymność i bezpośredni kontakt z wąskim gronem bliskich osób. Autorki nas w to grono po cichu wprowadzają.

W całej biografii prawie tyle samo co tekstu jest fotografii. Zakładka do książki jest całkowicie niezbędna, bo na każdej stronie znajduje się  jakieś interesujące/intrygujące zdjęcie, grafika, okładki tomików albo słynne kartki robione przez Szymborską, które tak świetnie zapadają w pamięć, że nie sposób zapomnieć, przy którym obrazku zatrzymało się ostatni raz.

W takim towarzystwie wytrzymam. Nawet do wiosny.

IMGP0385

 

IMGP0389

 

IMGP0390

 

 

L’education sentimentale III

IMGP5334

 

„Największą ulgę w tamtym czasie przyniósł mi wyjazd do Paryża i ukrycie się w księgarni Shakespeare and Company. Przyjaźniłam się z właścicielką, Sylvią Whitman, młodą kobietą, którą niesie ogromna energia i entuzjazm. Jej ojciec George, który otworzył księgarnię na jej obecnym miejscu, w pobliżu Notre Dame, w 1951 roku, wciąż mieszka na górze, niczym stary orzeł na grzędzie.

Sylvia zamówiła mi pokój w niezmodernizowanym staromodnym hotelu Esmeralda tuż obok księgarni. I tam, na najwyższym piętrze, w pokoju bez telefonu, bez telewizora, z samym tylko łóżkiem, biurkiem i widokiem na katedrę, przekonałam się, że mogę spać, a nawet pracować.

Potrafiłam przesiedzieć większą część dnia i wieczoru w antykwarycznej części księgarni, czytając w towarzystwie psa Sylvii, a kiedy potrzebowałam się przejść, to ten pies, suka, która wabiła się Colette, też za mną szedł. Prosta, bezpieczna ucieczka.

W księgarni niczego ode mnie nie wymagano i opiekowano się mną. A kiedy zjawiłam się z infekcją górnych dróg oddechowych, to Sylvia nie pozwoliła mi wrócić do domu. Gotowała mi zupę, przebukowała moje bilety, kupiła mi piżamę i trzymała mnie w łóżku.

W tej księgarni panowała atmosfera z dawnych czasów. Byłam bezpieczna. Byłam otoczona książkami. Zaczęłam oddychać głębiej i normalniej, już mnie nic nie nawiedzało. To było tymczasowe, ale bezcenne.”

Jeanette Winterson, „Po co ci szczęście , jeśli możesz być normalna”

Moja przystań.

 

 

L’education sentimentale

„Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe moje życie się zmieniło. Już od pierwszej strony tak silnie na mnie podziałała, że miałem wrażenie, jakbym odrywał się od krzesła, na którym siedziałem i od stołu, na którym leżała książka. Chociaż byłem przekonany, że moje ciało oddala się ode mnie, to tkwiłem na krześle i przy stole całym sobą, całym swoim jestestwem, a książka działała nie tylko na mą duszę, lecz na wszystko, co sprawiało, że jestem sobą. Był to wpływ tak ogromny, że wydawało mi się, iż spomiędzy jej kartek bije światło, które uderza w moją twarzą: światło, które mąci mój umysł i jednocześnie go rozjaśnia. Pomyślałem, że dzięki niemu będę mógł stworzyć siebie na nowo i że z nim nie zboczę z drogi; wyczułem w nim zapowiedź życia, do którego wkrótce miałem się zbliżyć i które miałem poznać.”

Tak zaczyna się „Nowe życie” Orhana Pamuka. Książka zostawiona u mnie kilka dni temu na kilka tygodni przez jedną z najbliższych osób i już nie mogę się doczekać, kiedy znowu się zjawi, by ją odebrać, posłuchać, co mam do powiedzenia i opowiedzieć swoje historie, z ich wymiany tworzy się substancja codzienności.

Mszyste parki

Jedną w pierwszych KSIĄŻEK w życiu był czytany przez Tatę Łosia Gucio zaczarowany Zofii Urbanowskiej. Wrażenia ze słuchania tej lektury w dużym stopniu ukształtowały moją wrażliwość i wyobraźnię.  Pamiętam te wieczory, biało-zieloną okładkę wydania książki, małą lampkę nocną przy łóżku, sylwetkę czytającego Taty, pomarańczowe zasłony na oknie. Moje poczucie bezpieczeństwa słuchając o Guciu, chłopcu za karę zamienionym w muchę, w świecie zagrożenia. Tę opowieść można było tak dogłębnie przeżyć chyba tylko będąc dzieckiem.

Wiele lat później dowiedziałam się, że ta książka była jedną z najważniejszych lektur Czesława Miłosza. Przeczytał ją w dzieciństwie, a potem wielokrotnie w swej twórczości ją przywoływał. Jej tytułem opatrzył zbiór wierszy wydany w Berkeley w 1965 roku i tak też nazywał się jeden z zawartych w nim utworów.

Dwa ostatnie dni spędziłam w najlepszym towarzystwie, prawie wszystkie najbliższe osoby miałam wokół siebie. A zatem poniższy cytat dedykuję Łosiom. Tym, którzy mnie, wyposażoną w taką wiedzę, wypuścili w świat i którzy właśnie obchodzą 30. rocznicę ślubu. Dziękuję!

„(…) Gucio, niegrzeczny chłopczyk, został zamieniony w muchę.

Mył się według obrządku much pod skałą cukru

I prostopadle biegał po jaskiniach sera.

Leciał przez okno w jarzący ogród.

I tam nieposkromione promy liści

Wiozły kroplę napiętą od nadmiaru tęczy,

Mszyste parki z krynicami światła rosły w górach kory,

Sypał się cierpki pył z giętkich kolumn w środku cynobrowych

kwiatów.

A choć trwało to nie dłużej niż od podwieczorku do kolacji,

Zawsze potem, kiedy miał prasowane spodnie i strzyżone wąsy,

Myślał, trzymając szkło z alkoholem, że ich oszukuje,

Bo mucha nie powinna rozmawiać o narodzie i wysokości produkcji.

Kobieta naprzeciwko była wulkanicznym szczytem,

Gdzie wąwozy, kratery i w kotlinach lawy

Ruch ziemi pochyla skręcone pnie sosen. (…)”

Ogłoszenie

W tym tygodniu mam szczęście do SPOTKAŃ. W księgarni, w której pracuję poniedziałek i wtorek upłynęły na nagrywaniu programu z udziałem Jeanette Winterson. Jej obecność sprawiła, że te dwa dni były dla nas świętem. Wierzę, że wiele można powiedzieć o osobie na podstawie ulubionej kawy. Ona pija cafe creme.

Jutro natomiast dowiem się, jaka kawę najbardziej lubi (o ile w ogóle takową pija) Olga Tokarczuk. Spotkanie autorskie odbędzie się w Księgarni Polskiej, przy bulwarze Saint Germain 123. Początek o godzinie 18. To z okazji wydania francuskiego tłumaczenia książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, które ukazuje się we Francji nakładem Noir sur Blanc w dodatku ze świetną okładką.

Zupełnie (nie) przypadkiem się składa, że obie pisarki wzięły udział w tworzeniu serii „Mity” – przedsięwzięciu bez precedensu organizowanym jednocześnie przez 34 wydawnictwa na całym świecie i rozłożonym na blisko 30 lat. Książkami „Anna Inn w grobowcach świata” Tokarczuk i „Brzemię” Winterson włączyły się w dyskurs nad reinterpretacją mitów i legend i, myślę, że to tylko początek listy cech wspólnych obu autorek.

Dla tych którzy planowaliby przyjazd z Polski może być już lekko za późno, ale Ci którzy na miejscu, niech skorzystają z okazji.

Pauza

Kiedy w pośpiechu na ulicy mijam taki obrazek, to nie wiem, czy bardziej chciałabym zapytać o to, jak ma na imię, czy jednak co czyta. Pewnie jedno wynika z drugiego.

L’education sentimentale

” (…) Ten album ma sto lat, pochodzi z tajemniczej rodzinnej rupieciarni. (Każda rodzina ma coś takiego). Minęło sto lat od czasu, kiedy człowiek, który wykleił te karty fotografiami, wycinkami z gazet i pamiątkami, co jakiś czas wyjeżdżał i zwiedzał świat. Znał już pociąg i statek parowy, ale najczęściej  podróżował powozem. Musiał być kimś ciekawym świata, bo wybierał się w podróż co rok, był w Szwajcarii, w Paryżu i w Londynie, objechał też Węgry, odwiedził Kassę, Locse, Oradę. Wszytsko, co po drodze zobaczył i uznał za godne zapamiętania, trafiało do albumu, który potem gdzieś się zawieruszył, a ja go teraz oglądam po stu latach.

Ten mój daleki i nieznany krewny podróżował jeszcze z pietyzmem. Pojechał do Paryża, obejrzał w Luwrze Wenus z Milo, kupił barwną reprodukcję i przywiózł ją do domu, wkleił do albumu i podpisał „Wenus z Milo”. Kupił też obraz przedstawiający angielski parlament, umiścił go w albumie i podpisał: „Tu mieszka angielska demokracja”. W Karlsbardzie oglądał przedstawienia teatralne, przywiózł stamtąd na pamiątkę drukowany złotymi literami program teatralny. (…) Z Paryża przywiózł egzemplarz sławnego pisma „Charivari” z 7 marca 1838 roku, pełnego plotek i śmiesznych karykatur. W Wiedniu bardzo spodobał mu się ogród schonbruński, przywiózł stamtąd kwiat. (…)

Ten album jest skromny i naiwny. Z rozczuleniem przewracam jego pożółkłe karty. ale po chwili coś sobie uświadamiami ogarnia mnie wstyd. Bo ja nie śmiałbym przywieźć z Paryża i umieścić w albumie obrazka  z Wenus z Milo ani podpisać go przez wzgląd na niedokształconych. Obcy już nam ten drobiazgowy, odświętny, nieśmiały i delikatny sposób oglądania, odczuwania, nasłuchiwania  świata. My każdego lata rzucamy się jak szaleni, opychamy się nim obiema rękami. Wszystkiego nam mało! W ciągu sześciu dni chcielibyśmy zobaczyć góry – wszystkie góry! – od Szpicbergów do Tatr Wysokich, Lido, Paryż razem z Luwrem i Juna-les-pins, za pół ceny. Kto dziś wybiera się w podróż, pospiesznie wysyła-dwie kartki „z tego pięknego miejsca” i uważa za naturalne, że to piękne miejsce jest Kopenhagą czy Wenecją. Sto lat temu podróżny wymawiał jeszcze te nazwy z nabożeństwem. Do Gaisten szykował się tak jak my na wyprawę do Indii, ale był jeszcze bardziej przejęty i wzruszony. Przeżycie stanowiła zwykła podróż do Wiednia czy nad jezioro Hamori. (…)

Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.”

Te słowa Sandor Marai napisał w 1938 roku. Skoro jemu wydawało się wtedy, że świat przyspieszył, to co na ten temat mielibyśmy my do powiedzenia?  Marai to jeden z moich ulubionych pisarzy, jego szkice podróżne zawarte w zbiorze W podróży mogłabym tu wpisywać codziennie i w całości. Nie mam na to czasu. Ale dziś wzięłam oddech i przeznaczyłam godzinę na przepisanie tego cytatu.