Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Wiosno, gdzie jesteś?!

IMGP0384

 

Zadaję sobie to pytanie jak Wy wszyscy, bo w Paryżu też jej nikt jeszcze tego roku nie widział. Nowy złoty rower czeka w kącie, by wraz ze mną ruszyć w miasto pierwszego słonecznego dnia, a tymczasem ja  nadal daje pierwszeństwo książkom.

Biografia Wisławy Szymborskiej napisana przez Annę Bikont i Joannę Szczęsną podarowana mi przez parę przyjaciół, czekała kilka tygodni na półce. Oszołomiona tym, co zrobiła ze mną fantastyczna opowieść o Miłoszu Andrzeja Franaszka, obawiałam się sięgnąć po książkę poświęconą Szymborskiej w obawie, że czegoś jej zabraknie. Błąd. Cudowna niespodzianka i przyjemność z każdego akapitu. Napisana z wielkim szacunkiem i kompletnym zaufaniem do twórczości poetki, z wielkim poczuciem humoru (nie mogło być inaczej) i dystansem, poruszająca każdy etap w życiu bohaterki przedstawia nam piękny i bogaty portret poetki, która najbardziej ceniła sobie dyskrecję, intymność i bezpośredni kontakt z wąskim gronem bliskich osób. Autorki nas w to grono po cichu wprowadzają.

W całej biografii prawie tyle samo co tekstu jest fotografii. Zakładka do książki jest całkowicie niezbędna, bo na każdej stronie znajduje się  jakieś interesujące/intrygujące zdjęcie, grafika, okładki tomików albo słynne kartki robione przez Szymborską, które tak świetnie zapadają w pamięć, że nie sposób zapomnieć, przy którym obrazku zatrzymało się ostatni raz.

W takim towarzystwie wytrzymam. Nawet do wiosny.

IMGP0385

 

IMGP0389

 

IMGP0390

 

 

Reklamy

Rue du Temple

IMGP0332

Istnieją w Paryżu takie ulice, które są jak kości tego miasta, tworzą jego szkielet. Łączą czasami diametralnie różne jego części, czyniąc z niego ( i za co je tak kochamy) spójną całość. Jedną z takich ulic jest Rue du Temple. Uwielbiam ją.

Jedna z najstarszych w Paryżu (wiele budynków stoi tu od XV, XVI wieku), łączy ze sobą dzielnicę 3 z 4. Zaczyna się w okolicach Hotelu de Ville i BHV, przeprowadza nas arcyciekawym spacerem przez rozwibrowane szczególnie w weekendy Marais i prowadzi w stronę Beaubourg, zgrabnie kończąc się na placu Republiki. Rue du Temple inspiruje równie intensywnie w gwarną i zatłoczoną sobotę, jak i wieczorami w tygodniu, kiedy pustoszeje kompletnie.

Lubię tę ulicę tak bardzo głównie za kontrast, za to, że miesza się tu absolutnie wszystko ze wszystkim. Paryski szyk i wyrafinowanie funkcjonuje obok obdrapania i zaniedbania, turyści wtapiają się w tłum paryżan, nowe, atrakcyjne kawiarnie, bary, butiki sąsiadują ze sklepami, które swój adres mają tu od 100 lat, obcy poczuje się siebie. Przez lata rue du Temple znana była głównie dzięki znajdującemu się tu zagłębiu tanich hurtowni biżuterii i drobnej konfekcji, które do dziś można tu znaleźć, ale w najbliższej okolicy mieszczą się również jedne z najładniejszych i najciekawszych muzeów usytuowanych w imponujących rezydencjach (francuskich hotel) m.in.: Muzeum Judaizmu, Muzeum Picassa, Muzeum Historii Francji. Jest brzydko i pięknie, tradycyjnie i nowocześnie, inspirująco i odstraszająco jednocześnie. Myślę, że idealną metaforą atmosfery tu panującej jest sam krajobraz, gdzie zza średniowiecznych,wąskich, ciemnych kamienic z XV wieku wyzierają futurystyczne kształty i kolory muzeum Pompidou, znajdującego się bezpośrednim sąsiedztwie. Z turystycznego punktu widzenia, szczególnie dla osób, które spędzają w Paryżu tylko jeden weekend, dodatkowym walorem tej okolicy, jest fakt, że w przeciwieństwie do innych części miasta, większość sklepów, restauracji, barów (a jest w czym wybierać) jest otwarta w niedziele (przeważnie od 14.00). Warto wsłuchać się w bijące tu bardzo wyraźnie tętno miasta.

P.S. Nie byłabym sobie, gdybym nie poleciła jednej z niewielu znajdujących się w okolicy księgarni. Maleńka, (ale wybór dość szeroki) o oryginalnej nazwie I love my blender (36 rue du Temple) proponuje książki po francusku i angielsku, a do tego mnóstwo kuszących artykułów papierniczych i miły właściciel.  Poza tym całe morze ciekawych adresów do odkrycia zostawiam WAM!

Odbiór.

IMGP0329

IMGP0316

IMGP0356

IMGP0324

IMGP0322

IMGP0309

IMGP0327

IMGP0314

IMGP0353

Mały park, dużo radości

IMGP0201

Na styku dwóch bardzo ruchliwych alei F. Roosevelt i  Cours la Reine, zaledwie pięć minut od Champs Elysee można się natknąć na miłą niespodziankę. Wciśnięty między Musee de la Decouverte i Grand Palais znajduje się maleńki i łatwy do przeoczenia acz bardzo nietypowy park, skwerek właściwie. Pół metra pod poziomem ulicy mieści się miejsce zwane La Valee Swiss.  A ponieważ francuska wiosna jest już tuż tuż i budząca się przyroda zarzuca na nas, jej spragnionych, sieci, to przechodząc tą trasą nie wiem, który  już raz, zwróciłam na to miejsce po uwagę po raz pierwszy i oczywiście spotkała mnie tam przeurocza niespodzianka. Schodząc kilkoma kamiennymi schodkami w dół, nie oddalając się d ruchliwej ulic ani od metr nagle znajdujemy się w innej dzikiej (!) przestrzeni. Maleńka przystań, oaza spokoju w środku metropolii. Kilka drzew (m.in. klon, bambus, drzewko cytrynowe), bluszcz, lilie staw,wodna kaskada skały, trzy ławki i kilka ptaków i już! Tyle wystarczy, by sezon wiosenny 2013 uważać za rozpoczęty! Spacerując między Pałacem Inwalidów a Champs Elysee nie przeoczcie tej perełki.

IMGP0195

IMGP0197

IMGP0223

IMGP0232

IMGP0234

Z życia księgarni

IMG_20130218_195404

Księgarnia, w której pracuje ściąga wyjątkowych ludzi. Dziś czekałam na tę parę od rana: Tom marzył, by oświadczyć się Nicole w poniedziałkowy poranek właśnie u nas. Przylecieli z Londynu –  lotnisko, metro, Saint Michel, my. Na nią zamiast książki czekała butelka schłodzonego szampana. I zgodziła się. Tak, tak, tak, jestem romantyczna i takie gesty mnie urzekają, bo rozświetlają rzeczywistość.

Z wrażenia nie zauważyłam, z jakimi tytułami (bo znaleźli czas i koncentrację, żeby kupić kilka książek) wyszli ze sklepu. Sprzedawać książki, to sprzedawać marzenia, każdemu czego trzeba.

Odbiór!

Poeta o twarzy długiej jak jajko

IMG_20130217_145212

A w Paryżu 1903 roku:

” Kiedy młody wychowanek szkoły jezuickiej i skromny adept literatury Andre Billy, wszedł do podziemia kawiarni „Soleil d’Or’ położonej na rogu bulwaru Saint-Michel, w najbliższym sąsiedztwie Sekwany, było tam ciemno od tytoniowego dymu i tak tłoczno, że z trudem znalazł miejsce przy stoliku zajętym już przed dwu młodych ludzi o rozwichrzonym, zdecydowanie poetyckim wyglądzie. Rozejrzał się – ani jednej znajomej twarzy. Niewielu miał znajomych w Paryżu, a już najmniej w środowisku artystycznym. Jest tu zaledwie od kilku miesięcy i pracuje cichaczem nad powieścią, oczywiście autobiograficzną, której tematem jest dzieciństwo wychowanka szkoły jezuickiej w Amiens. Marzą mu się literackie laury, ale tymczasem nie dojada, zarabia jakieś grosze pracą w kantorku, żywi się kawą i rogalikami, włóczy godzinami po Paryżu, wyczytując książki rozłożone u bukinistów i na ladach z nowościami księgarskimi przy Wielkich Bulwarach. Mimo ubóstwa życie to wydaje mu się wspaniałe i za najlepszą pensję nie oddałby obfitości wolnego czasu, jaki ma do rozporządzenia w tym niezwykłym mieście. (…)

Do kawiarni „Soleil d’Or” sprowadziły go sentymenty poetyckie. Tu recytuje się wiersze, tu zbierają się młodzi poeci, tacy, którzy otrzymali już pierwszy chrzest bojowy druku. Ci, którym się powiodło. Powodzenie – wspaniałe słowo! Billy pragnie go z całych sił swojego dwudziestoletniego istnienia. (…) Po gromkich oklaskach, jakimi zebrani żegnają recytacje Paul Forta poparte pełną wdzięku gestykulacją, w której swoistą rolę odgrywa czarna peleryna i rembrandtowski kapelusz z szerokim rondem, wchodzi na podium Apollinaire, jeden z młodych , który zwrócił już na siebie  uwagę poematami drukowanymi w „La Revue Blanche” i „L’Europeen”. Mimo że ma zaledwie dwadzieścia trzy lata, nie wygląda na tak wiele młodszego od swojego poprzednika. Średniego wzrostu, ale ciężki, mocno zbudowany, ubrany jest w angielski tweedowy garnitur, bardzo już dwudziestowieczny w stylu, który nosi z elegancką nonszalancją, ręce ma pulchne, białe i kształtne. Kiedy ciężko wspiera się jedną dłonią o powierzchnię fortepianu i na wpół odwrócony do ściany, z zamkniętymi oczami zaczyna recytować swoje wiersze, w pierwszej chwili monotonia jego deklamacji odstręcza i wydaje się trudna do wytrzymania, tak męczy i wymaga, tak jest intymna. Ale to ubóstwo środków wciąga, porywa, mobilizuje uczuciowo, czyniąc liryzm słowa bardziej nagim i rozdzierającym. Pobladła twarz, długa jak jajko, z czarnymi przecinkami brwi, ciężkimi powiekami, drobnymi ustami i długim nosem, twarz jakby trochę zdegenerowana genialnego chłopca, przykuwa uwagę, każe zamilknąć hałaśliwej sali.”

Julia Hartwig  „Apollinaire”

La_muse_inspirant_le_poète                                        La muse inspirant le poète, H. Rousseau

Samedi a la cinematheque

IMGP9778

W moim rodzinnym miasteczku dawniej były dwa kina: Sokół i Sputnik. W Sputniku obejrzałam dwa pierwsze w swoim życiu filmy, filmy, które, pamiętam, zrobiły na mnie potężne wrażenie. Były to „Niekończąca się opowieść” (do dziś pamiętam strach pomieszany z uwielbieniem dla wielkiego latającego psa) i „Akademia Pana Kleksa” ze sceną ataku wilków na zamek. Czasy były trudniejsze, ale kina były dwa i w piątkowe wieczory sale przynajmniej do połowy pełne. Dziś zostało jedno kino Sokół i ukłony tym, którzy siłą woli czy rozpędu utrzymują je przy życiu, bo luksusem jest pięciu widzów na nieogrzewanej sali, a w zeszłym roku w pamięci zapadł mi seans, kiedy film „O północy w Paryżu” oglądały tylko dwie zmotywowane kinomanki moja mama i ja. Może gdyby na sali było cieplej?

Teraz, kiedy mieszkam w Paryżu-mieście setek niezależnych kin, wszelkich festiwali i festiwalików filmowych, jedyne na co mogę narzekać, to niedobór wolnego czasu, bo gdybym miała nieskończoną jego ilość, to przynajmniej połowę spędziłabym w miejscu, gdzie po księgarni, bibliotece i kawiarni najłatwiej przetrwać szarą, wilgotnie chłodną, deszczową zimę w mieście, czyli w Cinematheque Francaise. W kinotece jest wszystko. Cały film, cała kinematografia. Codziennie od południa do wieczora można wybierać w prezentowanych przeglądach i retrospektywach i wystawach. Do nastroju, pogody, pory dnia można sobie dobrać seans lub wybierać na chybił trafił odkrywając w ten sposób nieznane kinematograficzne lądy. Co miesiąc zmienia się kolekcja prezentowanych tematów, zbliżeń na sylwetki reżyserów, aktorów, dorobku filmowego różnych państw. Ani jedna ani dwie, ani pięćdziesiąt zim nie wystarczy, by nadążyć za wszystkim propozycjami, a do tego dochodzą łatwo dostępne archiwa i biblioteka do oglądania,przeglądania i odkrywania. Luksus. Każda wizyta pozostawia mnie z uczuciem niedosytu. I dobrze, bo to część przyjemności, że mogę wrócić, kiedy chcę, że to przyjazne miejsce na mnie czeka. że jestem w klubie ludzi, którzy tak samo lubią spędzać chłodne soboty, że razem wyruszamy w podróż (ostatnia odbyła się na Haiti, dzięki doskonałej, onirycznej komedii „Les Naufrages de l’ile de la Tortue” słabo znanego nie tylko w Polsce, ale także  Francuzom Jacques Rozier). A po seansie lub przed nim kawa. Albo obiad, albo kolacja, bo przez cały dzień otwarta jest kawiarnia i restauracja, dla tych którzy więcej czasu spędzają w kinotece niż w domu.   Nawet jeśli będziecie w Paryżu tylko przejazdem, to wpadnijcie na film albo dwa.

La Cinematheque Francaise                                                                                              51 rue de Bercy, Paryż 12                                                                                                     metro Bercy linia 6 i 14.                                                                                          Jednorazowy bilet 6.5 euro.

IMGP9773

IMGP9776

IMGP9770

photo-Les-Naufrages-de-l-ile-de-la-Tortue-1974-1Pierre Richard w „Les Naufrages de i’ile de Tortue”

L’education sentimentale III

IMGP5334

 

„Największą ulgę w tamtym czasie przyniósł mi wyjazd do Paryża i ukrycie się w księgarni Shakespeare and Company. Przyjaźniłam się z właścicielką, Sylvią Whitman, młodą kobietą, którą niesie ogromna energia i entuzjazm. Jej ojciec George, który otworzył księgarnię na jej obecnym miejscu, w pobliżu Notre Dame, w 1951 roku, wciąż mieszka na górze, niczym stary orzeł na grzędzie.

Sylvia zamówiła mi pokój w niezmodernizowanym staromodnym hotelu Esmeralda tuż obok księgarni. I tam, na najwyższym piętrze, w pokoju bez telefonu, bez telewizora, z samym tylko łóżkiem, biurkiem i widokiem na katedrę, przekonałam się, że mogę spać, a nawet pracować.

Potrafiłam przesiedzieć większą część dnia i wieczoru w antykwarycznej części księgarni, czytając w towarzystwie psa Sylvii, a kiedy potrzebowałam się przejść, to ten pies, suka, która wabiła się Colette, też za mną szedł. Prosta, bezpieczna ucieczka.

W księgarni niczego ode mnie nie wymagano i opiekowano się mną. A kiedy zjawiłam się z infekcją górnych dróg oddechowych, to Sylvia nie pozwoliła mi wrócić do domu. Gotowała mi zupę, przebukowała moje bilety, kupiła mi piżamę i trzymała mnie w łóżku.

W tej księgarni panowała atmosfera z dawnych czasów. Byłam bezpieczna. Byłam otoczona książkami. Zaczęłam oddychać głębiej i normalniej, już mnie nic nie nawiedzało. To było tymczasowe, ale bezcenne.”

Jeanette Winterson, „Po co ci szczęście , jeśli możesz być normalna”

Moja przystań.

 

 

Synestezja

 

Z okazji ostatnich chwil 2012 zanim kojarząca mi się z kolorem niebieskim, szczęśliwa dla mnie dwójka zmieni się w czerwoną i niepewną trójkę – muzyka idealnie wypełniająca ten specyficzny czas zawieszenia między starym a nowym.

Zbigniew Preisner i Krzysztof Kieślowski – duet idealny. I cały czas zastanawiam się która piękniejsza – Juliette Binoche w  Niebieskim czy Irene Jacob z Czerwonego.

Dziś-spokojnego wieczoru, jutro mroźnego poranka i dobrego ostatniego dnia roku.

Mikołaj i jego sprawki

IMGP9795

” – Chodź Mikołaj – powiedział tata – pomożesz mi ubrać choinkę. Strasznie się ucieszyłem, bo bardzo fajnie jest ubierać choinkę, robiłem to już w zeszłym roku, kiedy byłem mały. Poszliśmy na strych po pudełko z bombkami, łańcuchami i lampkami, a potem wzięliśmy się do roboty. Tata postawiła drzewko  w jadalni i zaczął wieszać bombki, które zostały po tym jak pudełko  upadło nam na schodach. Potem tata rozpinał na gałęziach różnokolorowe lampki i to zajęło mu mnóstwo czasu, bo kable był trochę poplątany. Tata usiadła na podłodze i ciągnął kabel, mrucząc coś cicho pod nosem, tak żebym nie usłyszał, ale ja wiem, że to były brzydkie słowa, takie jak te, które głośno mówimy na przerwie. Kiedy już poradził sobie z kablem powiedział: – Zobaczysz, jak będzie pięknie! – i włożył wtyczkę do kontaktu, a wtedy wystrzeliła taka piękna iskra, tylko że tacie chyba nie o to chodziło, bo lampki się nie zapaliły, a on poparzył sobie palce i powiedział brzydkie słowo, którego nie znałem. Ale mój tata jest bardzo zdolny, więc naprawi, co trzeba, a potem dwa razy wymieniał w piwnicy korki, bo w domu nie było światła, i w końcu lampki się zapaliły, i choinka wyglądała naprawdę ślicznie, szczególnie jak żeśmy już rozwiesili łańcuch. ”

Cytat pochodzi oczywiście z „Nowych przygód Mikołajka” Goscinnego i Sempe, książki, którą kilka lat na święta podarowała mi mój najlepszy brat.  Zostawiłam świąteczny i bajeczny Paryż Francuzom, zamieniłam  go na DOM. Takiej atmosfery, jaką mnie tu otaczają, życzę Wam wszystkim z okazji świąt. Czasu i energii od i dla bliskich. Rozmowy. Śmiechu. Gestów. Od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy.

Przy okazji dziękuję Wam Znajomym i Nieznajomym  za dzielnie ze mną  tej paryskiej przygody, za komentarze, maile, spotkania.  Obiecuję wrócić  w 2013!

Odbiór.

Na Butte aux Caille mgła

IMGP9712

Paryż w tym sezonie prezentuje się na zmianę w deszczu lub we mgle.  W mieście, które powoli szykuje się do świąt, ubyło turystów a przybyło wystaw, festiwali filmowych i nowych tytułów do przeczytania. Jednak zanim o tym, co warto zobaczyć i o co zahaczyć w grudniu, dziś zabieram Was w miejsce, gdzie wracam systematycznie i którym lubię się dzielić z odwiedzającymi mnie i Paryż przyjaciółmi.

Kiedy przyjechałam do Paryża po raz pierwszy, mieszkałam w 13 dzielnicy, między Tolbiacem a Placem d’Italie. Jest to część Paryża położona poza turystycznym szlakiem-ceny wynajmu mieszkań i linia metra 7, łącząca Tolbiac z uniwersytetem Jussieu, przyciągnęły tu dużo studentów, którzy dodali dzielnicy energii i wyobraźni. Jest tu ładnie i brzydko, bezpiecznie i niebezpiecznie, tradycyjnie i nowocześnie jednocześnie. Niedaleko stąd do paryskiego China Town, Biblioteki Mitteranda, Kinoteki. To w jedną stronę od stacji metra Tolbiac, natomiast kierując się w drugą, wędrując pod górę,znajdziemy się na wzgórzu, które podobno jest najwyższym punktem w mieście, ale-ponieważ nie ma tu spektakularnej panoramy na miasto-nie wszyscy zdają sobie sprawę, że znajdują się wyżej niż bazylika na Montmartre. Dziś spacer po Butte Aux Cailles. Wdzięczna nazwa: Wzgórze Przepiórek, nie pochodzi jednak od większego występowania tych ptaków w tej części miasta, ale od nazwiska Pierre’a Caille, który w XVI wieku stała się posiadaczem największej w tej okolicy winnicy. Butte Aux Cailles podobnie jak Montmartre przez długi czas było wioską na rogatkach miasta i do stolicy zostało włączone dopiero w drugiej połowie XIX wieku, ale wiejski charakter zachowało do dzisiaj. Charakterystyczna nadająca dzielnicy uroku niska i lekka zabudowa wynika z charakterystyki  delikatnego podłoża bogatego w wapień, który był tu wydobywany do początków xx wieku. Pozostałością po dawnych kamieniołomach umożliwiających wydobywanie surowca są liczne tunele, które dziś przyciągają tzw katafilów czyli zwolenników nielegalnego zwiedzania znajdujących się pod całym Paryżem katakumb i tuneli. Natomiast zwolenników nadziemnej części Butte Aux Cailles przyciąga szczególnie wieczorami.Czaruje swoją autentyczności, atmosferą Paris populaire  sprzed pół wieku, gwarem i ruchem. Z obcych robi swoich. Nawet gdyby tylko na jedną noc.

Odbiór.

IMGP9698

 

 

IMGP9707

IMGP9727

IMGP9732

IMGP9734

Kolaz8