Paryż z Lotu Ptaka

blog kulturalno-turystyczny, w dni parzyste praktyczny, w nieparzyste romantyczny

Tag: cały Paryż

Lato zaczyna się od piosenki

Chmurne stalowe spojrzenie, karminowe usta, czerwona sukienka: Rosemary – to ona wprowadziła mnie w lato. Spiritus movens bluesowo-folkowej grupy Moriarty. Stanęła na scenie i śpiewem rozpędziła chmury, wywołała słońce, które zwabione muzyką, zostało na cały czas trwania koncertu i wydobyło z Rosemary cały jej blask, ociepliło spojrzenie.  Artystka zdradziła, że zespół obchodzi 18. rocznicę poznania i 17. istnienia. Poznali się na chodniku, słuchając  ulicznego zespołu, 21 czerwca podczas Fete de la Musique – święta muzyki, dnia kiedy wiosna zmienia się w lato, a cała Francja wychodzi na podwórka, rynki, ulice, do parków, do lasów z piosenką na ustach, by uczcić radosną zmianę w przyrodzie najpiękniej jak można – muzyką.

Pomysł zainspirowany przez jednego człowieka, Joel Cohena, przez ponad 30 lat ewoluował w międzynarodową inicjatywę, a tu, we Francji, jest to jeden z najbardziej oczekiwanych dni w roku, kiedy wzdłuż i wszerz odbywają się koncerty – od wielkich, plenerowych do  jednoosobowych przy barowych stolikach.

Muzyka jednoczy i łagodzi obyczaje, to widać było na każdym kroku. 21 czerwca wieczorem Paryż przystanął na chwilę, by ruszyć do tańca: rozśpiewany, uśmiechnięty, z butelką wina w dłoni, nie zasnął przez całą noc i wziął w ramiona wszystkich, którym muzyka tego dnia wypełniła serca.

Pochmurne, dżdżyste, parne, zielone, moje pierwsze paryskie lato już tu jest, a mnie się śni sen na jawie…

W brzuchu miasta

Dzięki E. poznałam M. – sprzedawcę owoców i warzyw, i filozofa, posługującego się biegle trzema językami, w jednej osobie, może uda mi się go tu kiedyś przedstawić. Jego sklep znajduje się w okolicach Chatelet, gdzie jeszcze do niedawna mieściło się słynne Forum des Halles, a jeszcze wcześniej Les Halles. M. pięknie opowiadał o życiu i pulsie swojej dzielnicy, która mimo upływającego czasu nie traci swojego charakteru.

Z Chatelet Les Halles w kilka minut dojedziemy do okazałej budowli Hotel de Ville przy rue Rivoli, gdzie jeszcze przez kilka dni odbywać się będzie wystawa Roberta Doisneau, której tematem są właśnie fascynujące Les Halles, największy rejon handlowy w Paryżu. Robert Doisneau (którego setna rocznica urodzin minęła w zeszłym tygodniu), obok Williego Ronisa, jest jednym z najsłynniejszych francuskich fotografów opisujących Paryż. Kochał to miasto, intensywnie i czule przyglądał mu się przez cały okres swojej twórczości. Jest reprezentantem fotografii humanistycznej, która łączy w sobie zainteresowanie życiem prostych ludzi, klasy robotniczej z nostalgią za szczęśliwą przeszłością. I właśnie taki jest Paryż na zdjęciach Doisneau – biedny, ale radosny, pulsujący życiem.

Obecna wystawa w Ratuszu Miejskim to fragment całej twórczości artysty, dotyczący niezwykłego miejsca. Les Halles, czyli 12 kunsztownie wykonanych, stalowych pawilonów handlowych, powstały w drugiej połowie XIX  wieku w samym sercu Paryża. Stanęły w miejsce wielkiego, odkrytego targu miejskiego i miały swoją konstrukcją z zadaszeniem zorganizować przestrzeń handlu, odbywającego się w tym miejscu każdej nocy.

Bo właśnie nocą rozpoczynało pracę ponad 5000 ludzi – rzeźników, ogrodników, piekarzy, rybaków, mleczarzy, drobnych rzemieślników –  którzy z całej Francji zwozili swoje wyroby i towary, i sprzedawali je handlowcom zaopatrującym Paryż i okolice.

Emil Zola określił Les Halles jako le ventre de Paris czyli brzuch Paryża – jego centrum, czułe miejsce, gdzie w halach targowych, jak w narządach, odbywa się przepływ życia, energii, konsumpcja. To pulsujące miejsce stało się wielką inspiracją dla Doisneau. Pierwsza seria zdjęć pojawiła się na zamówienie dziennika paryskiego w latach 50., druga w latach 60. kiedy, po stu latach funkcjonowania hal, ogłoszono datę  ich wyburzenia.

W ich miejsce powstało, na owe czasy, nowoczesne Forum des Halles, którego inauguracja odbyła się w 1979 roku. Wielkie centrum handlowe – które  razem z największym węzłem komunikacyjnym, Chatelet,  zastąpiło 12 pawilonów zaprojektowanych w XIX wieku – szybko z architektonicznego punktu widzenia przestało być modne i estetyczne. Dziś historia zatacza koło, bo na początku tego roku Forum des Halles z lat 70. zostało wyburzone i w jego miejscu powstaje właśnie nowa, futurystyczna bryła, a plac przed kościołem St. Eustache, gdzie niegdyś stały Les Halles, potem Forum, wygląda mniej więcej tak, jak na tej fotografii R. Doisneau z 1974 roku.

Wszystko o Robercie Doisneau znajdziecie tu.

Poza pierwszym i ostatnim, zdjęcia umieszczone w tekście pochodzą ze strony  http://www.paris.fr/

Sprzedam, kupię, zamienię

Wiosną, w niedzielne poranki bardzo łatwo natknąć się na ludzi przemieszczających się z najróżniejszymi, i często dziwnymi, przedmiotami. Dziecięce wanienki, pluszowe szympansy, pawie pióra, mini fontanny – na wszystko to można natknąć się na ulicy czy w metrze i nikt niczemu się nie dziwi, o nic nie pyta, bo owe obiekty, to znak,że w pobliżu odbywa się brocante.

La brocante to jedno z pierwszych słów, jakich nauczyłam się rozpoczynając swoją przygodę z Francją, bo bardzo lubię tego typu rozrywki. A jest to po prostu wyprzedaż niepotrzebnych rzeczy. Wyprzedaże takie odbywają się we wszystkich zakątkach Francji, a tym samym Paryża, w każdej miejscowości mniej więcej dwa razy do roku (sezon trwa od początku marca do końca października), najczęściej w niedzielę i jest wydarzeniem bardzo zakorzenionym w kulturze, uwielbianym przez Francuzów (każda okazja do wspólnego spotkania, jedzenia i picia jest dla nich dobra), które w dobie mody na wszystko co retro i vintage nabiera nowego charakteru.

W Paryżu,uczestniczenie w  brocante z dosyć  ludycznej rozrywki staje się obecnie modnym sposobem spędzania niedzieli przez ludzi sztuki, mody, projektowania wnętrz i turystów, co w konsekwencji znacznie zmniejszyło szanse na upolowanie okazji!

A o okazję tu chodzi. Logika tych wyprzedaży jest prosta: pozbyć się jak największej ilości  rzeczy, które nie są nam potrzebne,a w ich miejsce nabyć jak najwięcej obiektów, które właśnie są nam niezbędne (a których będziemy się pozbywać za rok).

Idea przekazywania sobie rzeczy, nadawania im któregoś życia z kolei jest mi  bliska ,ale żeby znaleźć prawdziwe cuda za niewielkie pieniądze, najlepiej urządzić sobie wycieczkę do jednego z podparyskich miasteczek (wszystkie zdjęcia zostały zrobione we wsi Rozay-en-Brie),gdzie wśród wielu kiczowatych bibelotów, rzeczy nie nadających się do żadnych transformacji i po prostu śmieci, można natknąć się na rarytasy.

Według mnie jednak, cały urok tkwi w samym włóczeniu się, rozmowach z ludźmi, odkrywaniu często nowego miejsca i świętowaniu. Bo brocante to święto wioski, ulicy, lokalnej społeczności.   

Informacje praktyczne dla zainteresowanych: brocanty inaczej vide grenier odbywają się od marca do października we wszystkich dzielnicach Paryża – szczegółów szukać trzeba w internecie, w każdej księgarni można kupić również kalendarz na dany sezon.

Targ rozpoczyna się wcześnie rano, około 6.00-7.00 i wtedy też pojawiają się najwytrawniejsi poszukiwacze okazji, bo to najlepszy moment,żeby znaleźć coś wartościowego. Za to pojawienie się późnym popołudniem ma tę zaletę, że sprzedawcy, którzy zostają z niesprzedanymi rzeczami, chętnie pozbywają się ich za bezcen.

Żaden brocante nie może obejść się bez  bazy gastronomicznej,więc wycieczkę można zakończyć lub rozpocząć zazwyczaj dobrym i niedrogim obiadem.

W dobrym guście jest nienachalne targowanie się, właściwie to nieodzowny element tych wyprzedaży, prawie zawsze działa.

Nigdy nie wraca się z pustymi rękoma,więc trzeba pomyśleć, w co zapakujemy potencjalne zakupy, bo mogą one zaskoczyć nawet nas samych…