Gdybym tylko…

Kilka kilogramów czereśni i truskawek, sporą dawkę energii wymienionej z najbliższymi, jedno wesele i 14 dni później wróciłam do Paryża. Nicpoń przywitał mnie dwugodzinnym korkiem przy wjeździe do miasta oraz ostrzeżeniem przed kieszonkowcami na stacji metra („be carefull your wallet” brzmiała angielska wersja komunikatu), ale cieszę się z powrotu. Jeszcze szybciej niż zazwyczaj wpadłam w paryski krwioobieg, wessał na trzy dni, wypluł wczoraj, a jedyna myśl w głowie to, by uważać na marzenia, bo istnieje poważne ryzyko, że się spełnią. Stojąc twarzą w twarz z moim spełnionym, zanim zabiorę Was z sobą na kolejne wycieczki po Mieście, proponuję zobaczenie  majstersztyku niewielkich rozmiarów, autorstwa Spike Jonze’a Mourir Aupres de Toi. Historia rozgrywa się na półce w jedynej takiej księgarni, o której była i będzie jeszcze tu mowa. A zatem: Umrzeć przy twoim boku (w Shakespeare & Company):

Reklamy